dzień 1 – „Zapuszkowani” we Włoszech

Bella Italia kusiła od dawna głównie z powodu dziedzictwa kulturowego i słońca. Rozważaliśmy podróż samochodem, ale przejechanie takiego kawałka Włoch, o jakim myśleliśmy byłoby sporym obciążeniem zważywszy na ograniczony urlopem czas. Nie chciałam też, żebyśmy stracili przyjemność zwiedzania z powodu zmęczenia. Wybór padł na objazdówkę z biurem podróży. W planie 3600 km w trzynaście dni, w tym pół dnia (!) plażowania. A że poza wymiarem urlopu istotny był także rozmiar portfela zgodnie stwierdziliśmy, że damy radę w autobusie. Skoro i tak mieliśmy się przemieszczać na kółkach, to dojazd na miejsce i powrót był kwestią drugorzędną. Jakże się myliłam. 

Tak oto na własne życzenie daliśmy się zapuszkować (dosłownie, bo upchnięci jak śledzie w puszce z kolanami pod brodą wyruszyliśmy ku przygodzie). Przesadzam? Odrobinę. Wakacje to taki czas, kiedy choćby nie wiem co postanawiam być uśmiechnięta i szukać dobrych stron. We Włoszech starałam się bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. 

Pan Uber podjechał na czas, ale musiał zaczekać, bo zmywarka zastrajkowała i miałam do wyboru – przytrzymać kierowcę, albo zostawić  niedomyte naczynia z wodą na dnie i ryzykować, że w ciągu dwóch tygodni wszystko zardzewieje i obrośnie mchem. Pan Uber jakby przyzwyczajony do niespodzianek z promiennym uśmiechem dowiózł nas na miejsce zbiórki. Mnie do śmiechu było mniej, kiedy zobaczyłam, że z karty płatniczej ubyło nieco więcej, niż zakładałam. 

Piękny autokar dowiózł nas do Opola i porzucił na pastwę milionów wakacjuszy tłoczących się na wspólnym parkingu dla autokarów (znacznie mniej pięknych) wyruszających w różne zakątki Europy. Znalezienie własnego z założenia miało nie nastręczać trudności, bo przykazano nam szukać takiego z  numerkiem 10. Z założenia, bo numerek 10. jak się okazało jechał w zupełnie innym kierunku. W popłochu rozbiegliśmy się to w lewo, to w prawo, byle tylko móc rzec „mój ci on”. Z nadzieją, że nie usadzą nas za toaletą, która mogłaby nam o sobie przypominać w przykry sposób przez cały wyjazd (historia zna takie przypadki) czekaliśmy na przydzielenie miejsca. Trzeci rząd – yes, yes, yes! 

Usadowiliśmy się w miarę wygodnie, wrzuciliśmy na półeczkę nad głowami drobiazgi, pod nogami między nami upychając wielką torbę z jedzeniem. Pod ręką kindle, kolorowe czasopismo, komórki, kosmetyczka ze szczoteczką i pastą do zębów, kocyki, dmuchane rogale (końcu mamy tak spędzić 15 godzin). Stopniowo nasz entuzjazm zajmowało znużenie. Wielki zegar na przodzie poruszał się wolno. Stanowczo zbyt wolno. Około 23:00, kiedy zaczęłam odpływać w sen (nareszcie) pilotka postanowiła umilić nam czas włoską  komedią romantyczną. Wyczucie czasu dość oryginalne. Ani spać, ani oglądać. Znużenie ewoluowało w rozdrażnienie. Jedziemy  na wakacje – uśmiech proszę! 

Każdy postój wykorzystywałam  na rozprostowanie kości robiąc wygibasy zapamiętane  z zajęć jogi. Kolejka do toalety sprzyjała nawiązywanianiu relacji interpersonalnych. Budzący się nowy dzień dodawał nam sił. Pilotka wykorzystywała czas na opowiadanie o tym, co nas czeka. Rozdała GuideTour (mobilny radiowy system audio potocznie nazywany „radyjkiem”), dzięki któremu mieliśmy być w  ciągłym kontakcie. Jak pokazała historia bycie na odsłuchu niekoniecznie pomaga zaginionemu w akcji. 

Dotarliśmy nad Adriatyk i w Lido di Jesolo porzuciliśmy połowę składu osobowego, który miał oddawać się słodkiemu lenistwu. Ich miejsce zastąpiła grupa samolotowa, która dotarła dzień wcześniej i po nocy spędzonej w hotelu przesiadła się do autokarowej puszki. Podobny schemat obowiązywał przy powrocie. 

Teraz przed nami pozostawało już tylko wziąć prysznic i odespać w 5* hotelu. Żartowałam. Zmęczeni, brudni, ze ścierpniętymi nogami, ale pełni radosnego napięcia przed południem dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki – magicznej Wenecji.