Tajlandia – do wyjechania pierwszy krok

Podróżowanie na własną rękę staje się ostatnio coraz bardziej popularne. Świat stoi przed nami otworem i mam wrażenie, że jedynym, co nas ogranicza to nasze wyobrażenia o skali trudności, z jaką przyjdzie się zmierzyć. Od wielu lat zazdrosnym okiem spoglądałam na relacje znajomych, którzy eksplorowali świat oglądany przeze mnie na szklanym ekranie. Bardzo chciałam stać się częścią takiej wyprawy i dlatego szukałam możliwości „podpięcia” się pod jakąś grupę. Niestety egzotyczne wyprawy reklamowane przez znanych podróżników poza wyjątkowo interesującym programem oferowały wybitnie wysokie ceny. Jeśli znana globtroterka potrafi spędzić miesiąc w Kambodży za 2 tysiące złotych, to dlaczego ja miałabym płacić wielokrotność tej kwoty za dwa tygodnie? Tylko dlatego, że spałabym w luksusowych apartamentach i korzystała z oferty zabiegów SPA? Nie, dziękuję. Zmieniłam nastawienie i pomyślałam o dołączeniu do znajomego znajomego, który co prawda  jest samotnikiem, ale zdarza mu się podróżować z małą ekipą. Niestety i to się nie udało, ponieważ męska wyprawa, to męska wyprawa i kolega delikatnie starał się uzmysłowić mi, że mój pomysł nie jest trafiony. Nie należę do osób, którym łatwo podcina się skrzydła, ale i częściej niestety stawiam na swoim nie zważając na ewentualne przeszkody. Takie typowo emocjonalne podejście: ja nie dam rady, ja?! W sumie to nikt mi nie mówił, że jestem królewną i powinnam poprzestać na hotelu z basenem i bransoletką „all inclusive”, bardziej chyba sama tak o sobie myślałam i dlatego postanowiłam odważyć się na pierwszą w życiu prawdziwą niskobudżetową wyprawę z plecakiem.

Wybór kierunku padł pierwotnie na Indie, ale znawcy tematu jako pierwszy krok zasugerowali Tajlandię. Ci z Was, którzy byli i widzieli wiedzą, że nie jest to jakiś wybitny wyczyn. Kraj jest otwarty na turystów, z bogatą infrastrukturą, czytelnymi anglojęzycznymi oznaczeniami, przyjaznym węzłem komunikacyjnym. Na każdym kroku są punkty turystyczne, w których wykupuje się wycieczkę, minivan odbiera z hotelu, przewodnik oprowadza, odwozi spać. Tylko skoro zdecydowałam się eksplorować Tajlandię we własnym zakresie, to korzystanie z takich rozwiązań wydawało mi się wygodnickie, nie mówiąc już, że takie rozwiązanie stałoby w opozycji do „low budget”. Dlatego też podniosłam poprzeczkę i do Tajlandii dorzuciłam Kambodżę eliminując klimatyzowane przejazdy na rzecz pociągów dla lokalsów, w dodatku 3 klasy i bez wygód.

Wierzcie mi, że taka wyprawa, kiedy pierwszy raz się o niej pomyśli troszkę paraliżuje. Mój angielski jest taki sobie, autobusami to ja nie jeżdżę nawet we własnym kraju, a z pociągów to znam główne pendolino. Chęć zobaczenia zasłyszanych miejsc w konfrontacji z mapą pokazała, że zamierzałam poruszać się po trasie przypominającej skłębiony motek wełny. Być może powinnam wziąć do ręki przewodnik (który zresztą ktoś mi sprezentował), poczytać po ludzku i na spokojnie, ale we mnie był ogień. Zapisałam się do kilku grup na Facebooku (co finalnie okazało się strzałem w dziesiątkę), zerknęłam do kilku blogów i zaczęło mi się przejaśniać. Naniosłam na mapę newralgiczne punkty, sprawdziłam dystans, czas podróży różnymi środkami lokomocji i miałam wstępny zarys. W sumie przygotowania zajęły mi pół roku (bilet zakupiłam z takim wyprzedzeniem) i był to najbardziej produktywny czas w moim podróżniczym życiu. W międzyczasie zmagałam się z decyzją o zakupie właściwego plecaka, skompletowaniu garderoby, medykamentów, ubezpieczeniu, szczepieniach, wizie do Kambodży, rezerwacji noclegów itp. Teraz już wiem, że za dużo energii poświęciłam dzieleniu włosa na czworo, ale może właśnie dzięki temu sytuacja nigdy mnie nie przerosła (no dobrze RAZ pokonały mnie ślimaki) i mogłam wydobyć z tej wyprawy to, co najlepsze nie marnując czasu na myślenie operacyjne już tam na miejscu. O szczegółach przygotowań poczytacie w osobnym wpisie.