Pierwsze kroki w Krainie Uśmiechu

 

Bangkok, gdy stawia się w nim pierwsze kroki wywołuje dwojakie uczucia: albo się go pokocha, albo znienawidzi. Kilka dni w tym mieście (nasza podróż tu się zaczynała i tu kończyła) sprawiło, że mój mąż i ja znaleźliśmy się w dwóch osobnych obozach. Pomimo tego, że Bangkok wysysa z człowieka energię, działa na system nerwowy, wypompowuje resztki sił, ja to miasto pokochałam. Tak na dwa, trzy dni podczas wizyty w Tajlandii idealne (na dłużej to i mnie dałoby w kość). Mój mąż z kolei stanowczo zapowiedział, że tam nie wróci. Tak więc przed Wami wpisy przedstawiające skrajnie różne punkty widzenia. 

Po 17 godzinach lotu jedną z najlepszych linii – Qatar (z przesiadką w Doha) dotarliśmy szczęśliwie do Bangkoku. Równie dobrze poleciałabym i ukraińskimi liniami, gdyby akurat mieli jakąś promocję. Byliśmy uwiązani konkretnymi datami, ponieważ praca zawodowa nie dawała możliwości manewru, więc skazani byliśmy na najlepszą cenę w tym czasie; zero elastyczności. 

Po odebraniu plecaków (następnym razem polecę tyko z podręcznym, o powodach w osobnym wpisie) pierwsze kroki skierowaliśmy do kantoru i wymieniliśmy niewielką kwotę (na lotnisku nie spodziewajcie się korzystnego kursu) i poszukaliśmy punktu z kartami SIM. Ruch na stoisku jak w ulu, ale panowie byli zaprawieni w boju i zgrabnie uwijali się z doradzaniem jaki wariant karty zakupić, żeby cieszyć się szybkim Internetem przez cały okres pobytu. W Tajlandii bardzo dobrze sprawują się dwie sieci: DTAC i True. Karty prepaid można doładowywać zdrapką zakupioną np. w sklepach 7/11 (takie nasze Żabki), ale nie mieliśmy takiej potrzeby. Karty SIM w naszych telefonach zostały wymienione, te oryginalne zabezpieczone, aparaty skonfigurowane. 

Zjechaliśmy na parter (w Tajlandii to pierwsze piętro) i po wyjściu bramką nr 7 wyłowiła nas pani obsługująca połączenia autobusowe. Taki zresztą był plan: od samego początku stawiamy na lokalne środki transportu. Stojąc zresztą w kolejce do odprawy paszportowej zobaczycie podświetlaną tablicę reklamową z informacją o darmowym autobusie linii S1. Koszt przejazdu na sławne Khaosan Road to 60 bathów (niewiele ponad 6 zł), czas jazdy około 40 minut. Bilet kupuje się w autobusie (ta zasada dotyczy także innych przejazdów). Kasjerka-bileterka w jednym potrząsa metalowym pudełeczkiem pełnym brzęczących monet odbierając opłatę od pasażerów (już w trakcie jazdy). Autobus S1 stoi nieco dalej, niż te, które zobaczycie na pierwszy rzut oka; trzeba iść przed siebie do pierwszej ulicy. Jeśli przylecicie w godzinach, w których to połączenie nie działa, macie do wyboru taksówkę (koszt do Khaosan około 300 bathów) lub kolejkę. Wybierajcie tylko te taksówki, których kierowca zgodzi się na naliczanie opłaty wg wskazań licznika (taxi meter). Jeśli nie – po prostu wybierzcie następną. W przypadku taxi można także podejść do hali wylotów; często znajdziedzie tam taxi, które dowiozły pasażerów odlatujących z Tajlandii i chętnie zabierających podróżnych na kurs powrotny (tu również obowiązuje zasada taxi meter). 

Jaką wybrać kolejkę? City Linie koszt 45 bathów (6 przystanków, 30 minut), Express Line 150 bathów (brak przystanków, 15 minut). Żeton na przejazd kupuje się w automatach przed wejściem do kolejki. Niedogodność jest taka, że kolejka dojeżdża do stacji Phaya Thai, a potem musicie przesiąść się do taksówki,  jeśli Waszym celem jest Khaosan lub okolica. 

Po takiej podróży, nawet jeśli to Kraina Uśmiechu, każdy marzy o prysznicu. Ponieważ hotele mieliśmy zarezerwowane z wyprzedzeniem już po wyjściu z autobusu na Khaosan udaliśmy się pieszo do naszego hoteliku, w czym oczywiście pomogła nawigacja. Internet służył nam cały czas nie tylko jako środek komunikowania społeczności Facebooka gdzie jesteśmy i co robimy, ale głównie pomagał docierać do konkretnych destynacji.

Ludzie często zastanawiają się, czy rezerwować z góry noclegi, czy pójść na żywioł. Wszystko zależy od Waszych upodobań. Ja należę do osób, które lubią mieć porządek i spokojną głowę, dlatego zarezerwowałam wszystko z wyprzedzeniem z możliwością wcześniejszej rezygnacji (z czego zresztą dwukrotnie skorzystaliśmy). Niemniej jednak jeśli tylko nie mówimy o obleganych wyspach i szczycie sezonu, to możecie zadbać o pierwszy nocleg, żeby na spokojnie odpocząć i rozeznać w otoczeniu, a następnie po obejrzeniu guesthausów, hosteli, wybrać ten, który Wam najbardziej odpowiada. My nastawieni byliśmy na tanie opcje, bez basenów na dachu i w pobliżu Khaosan, ale nie bezpośrednim sąsiedztwie. Khaosan to ulubiona ulica backpackersów, turystów, imprezowiczów i każdy, kto odwiedził Bangkok na pewno ją zaliczył, niemniej spać się na niej nie da (choć niektórzy blogerzy donoszą inaczej). 

Jak decydować o wyborze hotelu.

Bangkok jest jednym z najbardziej zakorkowanych  miast na świecie, więc najszybciej można się przemieszczać metrem MRT, kolejką BTS, tramwajem wodnym (promem). Tym samym  najdogodniej mieć hotel w pobliżu przystanków jednego z tych środków transportu. Nasz hotel znajdował się kilka przecznic od Khaosan, dzięki czemu mieliśmy względny spokój w nocy i szybki dostęp do przystani na rzece Menam, skąd promem dopływaliśmy najbliżej jak się dało konkretnych miejsc zmieniając potem transport na inny (lub zwyczajnie docierając dalej pieszo).  Niektórzy chwalą  Chinatown (tu polecam jego obrzeża w bezpośredniej bliskości dworca kolejowego Hua Lamphong i MRT), inni okolice Khaosan, a jeszcze inni całkiem odmienne dzielnice. My świadomie wybraliśmy stonowaną bliskość Khaosan ze względu na tętniące nocą życie, stragany ze street foodem, salony masażu, sprzedawców. I świadomie też  nie nocowaliśmy w hotelu, który polecają na forach, grupach FB, czy na wielu blogach. Hotel na R (specjalnie pominę jego nazwę) oferuje dość wysoką cenę w porównaniu do jego niskiego standardu. Jeśli już go wybierzecie, to zadbajcie o przydzielenie pokoi w nowej, zmodernizowanej części. Być może w zestawieniu z innymi posiadającymi basen na dachu jest tani. Dla nas wydatek za noc za pokój dwuosobowy kwoty 250 zł był stanowczo przesadzony.

Decydując się na hotel poza ceną mieliśmy zasadę: klimatyzacja, własna łazienka, ciepła woda. Nie mamy już 20 lat i nocowanie w hostelu w pokoju wieloosobowym z ogólnodostępną łazienką na korytarzu może nie stanowiłoby problemu, ale woleliśmy ciut więcej. W hostelu prześpicie się nawet za 20 zł. Nasz hotelik (w sumie obydwa, bo na ostatnie dwie noce zmieniliśmy rezerwację) kosztował za noc (dwójka) 80 zł.  Nie namawiam, nie polecam, nie zniechęcam. Pokoje ascetyczne, brak windy, za to z oknami (była też tańsza opcja bez okien). Na początek Thara House (z plusów darmowa kawa i ciasteczka, z minusów lekko nieposprzątany pokój). Na dwa ostatnie dni zmieniliśmy go na Happio (znany także jako Khaosan Art Hotel).   Czysto, możliwość zamówienia darmowego sprzątania, przyozdobiony obrazami i kolorowymi poduszeczkami. W sumie to ten pokój był nawet mniejszy, niż w Thara House, ale bardziej przytulny (na plus knajpka na parterze i zniżka dla gości hotelowych). 

Tak więc dotarliśmy do Bangkoku. Zamiast pójść spać, jak planowaliśmy, po prysznicu wypuściliśmy się na pierwszy ogląd okolicy i pyszne Pad Thai.