Ayutthaya – jak dojechać, jak zwiedzać

Ayutthaya leży około 70 km od Bangkoku.

Jest obowiązkowym przystankiem na mapie zwiedzania każdego, kto podróżuje na północ. My co prawda w planie mieliśmy udać się głęboko na południe i przekroczyć granicę z Kambodżą (możecie o tym poczytać tutaj), ale nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i nie zahaczyć o starożytną stolicę Tajlandii. Powiem szczerze, że wg mnie – mogliśmy, tym bardziej, że w rozpisce był kompleks świątynny Angkor Wat, a Ayutthaya nazywana jest „małym Angkorem”, ale mężowi zależało, żeby pojechać, a wiadomo, że dla męża wszystko 🙂 Wykreśliłam więc Kanchanaburi (z mostem na rzece Kwai), pływający targ i targ na torach Maeklong (plus opcjonalnie wodospady Erawan) i Ayutthaya została ujęta jako punkt obowiązkowy. 

Niestety ograniczony czas nie pozwalał zobaczyć wszystkiego, ani nawet połowy tego, co by się chciało… powiem Wam, że w ogóle mam taką refleksję, że chętnie wróciłabym w te wszystkie miejsca i już na spokojnie i całkowicie świadomie zwiedziła je ponownie. Rodzi się także potrzeba podzielenia tymi doświadczeniami z bliskimi. 

Jak dojechać do Ayutthaya

Tak więc na drugi dzień po przylocie wsiedliśmy w taksówkę i po jakimś kwadransie dotarliśmy na dworzec kolejowy Hua Lamphong na obrzeżach Chinatown. Oczywiście znalezienie kierowcy chętnego załączyć taxi meter zmusiło nas do przepuszczenia kilku samochodów, aż w końcu znalazł się uczciwy kierowca. Zapłaciliśmy jakieś 60 bathów (6 zł) i kupiliśmy bilety na pociąg 3. klasy za 20 bathów (2 zł). Bilety kupuje się tylko w dniu wyjazdu, nie można z wyprzedzeniem, nie ma rezerwacji. Kto  chętny może spod pomnika Victoria Monument wziąć bus, który odjeżdża codziennie między  7:00 a 9:00 rano, koszt około 60 bathów. 

Rozkład jazdy pociągów Tajlandia 

Czas przejazdu to około 2 godziny. My wyruszyliśmy pociągiem o 9:25 Ordinary, na miejsce dotarliśmy o 11:25. Można pojechać Ekspresem (pół godziny szybciej), albo Rapidem (tym wracaliśmy). Ceny Ekspresu nie znam (ktoś pisał na blogu, że to nawet 200 bathów, a tylko pół godziny krócej), a za Rapid płaciliśmy jakieś 10 bathów więcej (1 zł). Różnica w standardzie dotyczyła siedzeń, były jakieś 10 cm szersze w stosunku do Ordinary.

Pociąg trzeciej klasy, jazda pierwszorzędna

Uroki podróżowania pociągiem w Tajlandii są nie do opisania. To po prostu trzeba przeżyć. Dla nas był to też sprawdzian, bo naczytałam się o masakrycznej niewygodzie takiej jazdy i chciałam się przekonać na własnej skórze ile w tym prawdy. Tym bardziej, że następnego dnia mieliśmy w podobnych warunkach dotrzeć do granicy z Kambodżą (o dobre 6 godzin jazdy dłużej). Klimatyzacji oczywiście brak. Za to na suficie pracują wiatraczki, a okna otwierają się do góry (nie jak u nas w dół). Na zewnątrz zamontowane żaluzje, żeby osłonić się przed słońcem, ale nie tamować siły wiatru. Przedziałów brak. Za to jest toaleta (z muszlą lub bez – jak się trafi) i wodą w krainie także jak się trafi (płyn antybakteryjny, czy mokre husteczki wskazane). 

Czego natomiast do pociągu zabierać nie musimy?

Wody i jedzenia. Na tej trasie (i w drodze do Aranyaprathett, czyli granicy z Kambodżą także) od przekupek kupicie wszystko, wliczając zimne napoje, ciepły obiad, owoce, mrożoną kawę w puszce. 

Slumsy Bangkoku

Wyjeżdżając z Bangkoku mija się slumsy i perfekcyjnie zorganizowane  życie tamtych ludzi z ogólnodostępną pralnią, czy telewizją. Jadąc 5:55 do Kambodży będziecie pozbawieni tych widoków, ponieważ jest jeszcze  ciemno. 

W drodze do Kambodży jadłam i piłam do upadłego (znaczy wodę), natomiast w ten pierwszy pociągowy przejazd do Ayutthaya trochę się bałam o swój żołądek. W końcu nie miałam pewności, czy ryż z mięsem w takiej temperaturze będzie się nadawał do jedzenia. I tu popełniłam masakryczny błąd, o czym za chwilę.

Wysiedliśmy na stacji Ayutthaya

Ponaglani nawoływaniami przekupki (AJUUUUTAJJJJJAAA!!). Nie da rady zaspać, czy przejechać. Po wyjściu z mini dworca zjawiają się tuk tukowcy i zachęcają do skorzystania z ich usług. Kilka kroków dalej można wypożyczyć rowery (nie polecam w tym konkretnie miejscu, ponieważ trzeba przepłynąć promomem na drugą stronę rzeki i dodatkowo za nie zapłacić, lepiej wypożyczyć je dosłownie za 5 minut). Ewentualnie skutery. My szliśmy przed siebie nieczuli na zachęty tuk tukowców przekonani, że po przepłynięciu promomem znajdziemy jakiegoś kierowcę za znacznie  mniejsze pieniądze. Nie idźcie na piechotę od dworca za rzekę przez most, bo zmarnujecie na to godzinę. 

Prom

Idąc w stronę rzeki Pasak na East Pasanger Ferry Landing, skąd za 5 bathów można przepłynąć na drugi brzeg kupiliśmy smażone banany. Fantastyczne. To był mój pierwszy posiłek tego dnia i niestety na bardzo długi czas ostatni. 

I tu niespodzianka – ani pół tuk tuka. Idziemy, idziemy, idziemy z nadzieją, że naszym oczom ukaże się park Ayutthaya, a tu nic. W końcu wypatrzył nas kierowca, pochwalił się wpisami do zeszytu swoich gości (żadnych Polaków), pochwalił się także swoim cennikiem, który po prostu wbił mnie w ziemię. Zaśpiewał 300 bathów za godzinę (30 zł). Zwiedzanie całego kompleksu to lekko 4 godziny, czyli łącznie 1200 bathów (120 zł). Dla porównania skuter na cały dzień 200 bathów, rowery w ogóle za pół darmo. Po krótkich negocjacjach zeszliśmy do 900 bathów za te 4 godziny i pojechaliśmy. Do dziś nie wiem na ile ta cena była właściwa, a na ile przesadzona. Natomiast mam pewność, że objechanie wszystkich świątyń rowerami byłoby ponad nasze siły (upał nieziemski), ale z dobrą mapką dalibyśmy radę na skuterze. No cóż, pierwszy wypad z Bangkoku, ekscytacja po prawie darmowym pociągu, to zapłaciliśmy za wygodę tuk tuka. 

 I tu kolejne zaskoczenie

Wejście na ruiny świątyń jest płatne. Niby normalne, ale ja naprawdę na żadnym blogu i na grupach FB nie spotkałam się z tą informacją. Można kupować pojedyncze wejścia lub cały pakiet na kilka świątyń (przed każdą obsługa wbija pieczątkę do książeczki). Cena za wejściówki taka pakietowa to 220 bathów od osoby. Oczywiście pojedynczo wychodziło znacznie drożej. 

I tak najbliższe godziny to przejazd z miejsca w miejsce i podziwianie przepięknych ruin świątyń. Byłam pod ogromnym wrażeniem i wcale nie żałuję, że odpuściliśmy most na rzece Kwai i wodospady Erawan (choć może powinnam, kto wie). 

Nasza objazdówka niespodziewanie zaczęła przybierać gorsze oblicze. Otóż po bieganiu w 30-paro stopniowym upale, z pustym żołądkiem (nie licząc smażonych bananów), pomimo osłoniętej głowy i litrów wypitej wody zrobiło mi się słabo. Zaczęłam oddychać głęboko, przybrałam krzywy uśmiech na twarz i mówiłam sobie w myślach „dasz radę, dasz radę, zaraz ci przejdzie”. Odpuściłam łazikowanie i mąż sam zwiedził kolejną świątynię, a ja poległam na trawie. W końcu podniosłam się i z zawrotami głowy dotarłam to tuk tuka. Waldek zauważył, że jestem blada jak trup i nieźle się przestraszył. Wiedzieliśmy, że MUSZĘ coś zjeść. Cokolwiek. Poza wodą nie wzięliśmy ze sobą nic więcej. Przed każdą świątynią rozkładały się stoiska z jedzeniem, więc miałam nadzieję na jakieś mango, czy batonika. Pech chciał, że pod tą, do której dotarliśmy nie było kompletnie nic. Echo. Pusto. Znowu zostałam umierać, a Waldek wypuścił się na zwiedzanie. Dotarliśmy w kolejne miejsce. Cudowne. Właściwie to był ośrodek medytacyjny, w którym mieszkały mniszki, a my trafiliśmy na jakąś ceremonię. Waldek obszedł cały teren, a ja szczęśliwie znalazłam toaletę, za którą nie musiałam płacić. Pani mniszka pięknie się uśmiechała i tyle. Zostawiłam buty na zewnątrz, wskoczyłam w przygotowane klapeczki i doznałam chwilowej ulgi (zostawianie obuwia przed wejściem w Tajlandii i Kambodży nie jest niczym nadzwyczajnym, nawet praktykuje się ten zwyczaj przed niektórymi sklepami).

Na zewnątrz wypatrzyłam panią sprzedającą COŚ. Zapragnęłam wrzucić cokolwiek do żołądka i odzyskać siły. Niestety pani miała tylko napoje; na ratunek więc przyszła słodka coca-cola. Zaoszczędzę Wam szczegółów, ale powiem tylko, że to był bardzo dobry wybór – wystarczyło tylko szybko pobiec jak najdalej i pozwolić żołądkowi działać. 

Dlaczego wspominam ten incydent

Piszę o tym ku przestrodze, żebyście poza wodą mieli przy sobie jakieś cukierki, czy batony energetyczne. Ta ułuda street foodu wpędziła mnie w pułapkę. Całkowicie wycieńczona słońcem, tempem zwiedzania i głodem z żalem stwierdziłam, że kończymy wycieczkę i ja chcę do domu (czyli do Bangkoku). Pan tuk tuk driver podrzucił nas na pociąg (stąd powrót Rapidem, a nie Ordinary, bo akurat pierwszy był w rozkładzie jazdy) i zainkasował umówione 900 bathów. Właściwie wyszedł  na swoje i całe te negocjacje na nic się zdały, bo w skróciliśmy czas zwiedzania.

Do odjazdu pociągu zostało 5 minut. Waldek kupował bilety, a ja rozglądałam się nerwowo za jedzeniem. Taki spadek cukru miałam w życiu tylko raz po przebiegnięciu 15 kilometrów (wtedy biegałam max 7-10 za jednym podejściem). Wszędzie cholerka napoje i chińskie zupki (ja nie wiem co oni z tymi zupkami tam mają). Jako wystrój pani na blacie miała ułożoną kiść mini bananów. Zapytałam czy zechce mi sprzedać, podała jakąś cenę z kosmosu wg niej (20 bathów, czyli 2 zł), a ja szczęśliwa łapnęłam i drżącymi rękami zaczęłam obierać skórkę. Wsiedliśmy do pociągu i powoli, powoli zaczęłam wracać do świata żywych. Po dotarciu do Bangkoku byłam pełna werwy, energii i chęci do nocnego życia. Wieczór spożytkowaliśmy na masaż stóp. Ach… 

Jeśli spodziewaliście się w tym wpisie opisów historii i zabytków Ayutthaya, to musicie mi wybaczyć. Mam nadzieję, że zdjęcia zrekompensują Wam ewentualny niedosyt. Na jednym z nich zobaczycie przejażdżkę na słonu – takiej atrakcji radzimy unikać (poczytajcie ile mąk przechodzi słoń zanim zostanie atrakcją turystyczną). 

Opis świątyń pojawia się tutaj.