Pociągiem z Bangkoku do Kambodży – część 1

Kambodżo – przedzieramy się do ciebie!

Plan na Tajlandię zakładał głównie pobyt w tym kraju, ale wkomponowaliśmy w niego zahaczenie o Kambodżę. Bardzo popularne jest przekraczanie granicy drogą lądową na przejściu Aranyaprathet/Poipet. Można oczywiście skorzystać z lotu tanimi liniami, co ma tę zaletę, że do Siem Reap dociera się w ekspresowym tempie nie tracąc dnia. Jeśli wybierzecie tą opcję pamiętajcie, że wyloty odbywają się z innego lotniska niż to, do którego dotarliście z Polski, a mianowicie Don Muang. Sporo czytałam o sposobach lądowego pokonywania granicy i ostatecznie zdecydowaliśmy, że pojedziemy pociągiem. Łączny czas podróży ocenialiśmy na około 8 godzin i szczęśliwie właśnie tyle nam to zajęło. Samolotem pewnie byłaby godzinka, a jazdy nocnym autobusem pewnie wcale byśmy nie odczuli i zyskali cały dzień na zwiedzanie. No ale kto powiedział, że ma być wygodnie? Założenie na ten wyjazd było takie, że poruszamy się jak lokalsi (w miarę możliwości) i unikamy prostych rozwiązań.

Unikamy prostych rozwiązań, ponieważ:

1. kosztują

2. ograniczają podpatrywanie lokalnej społeczności 

3. dają mniejszą satysfakcję 

4. są na „mieć” (odhaczyć, zaliczyć), a nie na „być” (doświadczyć) 

Samolotem/autobusem/pociągiem..?

Droga pociągiem z Bangkoku do Siem Reap (Kambodża) to taka czasochłonna i wyczerpująca przeprawa, której mimo wszystko nie zamieniłabym na klimatyzowany autobus VIP, czy samolot. Posługuję się w tym opisie uproszczeniem, który może Was wprowadzić w błąd, bo bynajmniej samym tylko pociągiem nie dotrzecie do Kambodży. Granicę trzeba pokonać na nogach. To samo zresztą dotyczy podróżujących autobusem; przed granicą wysiadka, jesteście oznakowani nalepkami z tajnymi znakami, a po drugiej stronie wyłapuje Was pilot i na dalszą część jazdy kieruje do czekającego (innego) autobusu. Więcej o tym jak to wygląda w szczegółach poczytacie we wpisie powrotnym (nie wracaliśmy do Bangkoku, więc pociąg odpadał i musieliśmy wykupić transport minivanem). 

Pociągiem z Bangkoku do Kambodży

To może usystematyzujmy

Usystematyzuję kolejność pokonywania poszczególnych odcinków trasy ze wskazaniem czasu i nakładów finansowych. To trochę taka szarpanina, ale da się spiąć to w całość i popołudniu odetchnąć głęboko i powiedzieć: zrobiłam to, no kurczę zrobiłam! Ja, wożąca dupsko wyłącznie samochodem (i motorem w charakterze „plecaka”), wybierająca Pendolino, a nie TLK, odważyłam się i DOKONAŁAM tego! 

  • POCIĄG  Bangkok – Aranyaprathet, godz. 5:50-11:35
  • Aranyaprathet – granica: tuk-tuk, taxi, stop, co woleć, 5 km
  • Aranyaprathet – Poipet: piesze pokonanie granicy
  • Poipet – Siem Reap: taxi, autobus, 70 km

Co prawda w ciągu dnia odjeżdża jeszcze drugi pociąg o 13:05-17:35, ale wtedy musicie się liczyć z koniecznością nocowania w Aranyaprathet z uwagi na zamykanie granicy (około 18:00-19:00, dokładnie nie wiem). Osobiście bardzo się bałam spóźnić na pociąg 5:55, ponieważ mielibyśmy przez to cały dzień w plecy. Awaryjne rozwiązanie to prywatny transport za około 500 zł, ale domyślacie się, że stałoby to w opozycji do naszych założeń, że jak lokalsi, że fajnie, a nie wygodnie, że na „być” itd. Z tego powodu był to najbardziej stresujący moment całego wyjazdu i… najbardziej nudny, bo w rezultacie na dworcu stawiliśmy się dobrą godzinę przed czasem. No przyznaję, czasem mnie ponosi 🙂 Nie ma tego złego, ponieważ na dworcu poznaliśmy kilku backpackerów podróżujących w różnych kierunkach, a z pewną Hiszpanką i rodziną Francuzów dzieliliśmy te same widoki z pociągu. Jak to się stało, że Mar (tak miała na imię hiszpańska znajoma) wyłowiła mnie z tłumu napiszę osobną historię. 

Koszty

Koszty podróży pociągiem wliczając kolejne środki lokomocji są niewiele mniejsze, niż autobus klasy VIP, ale doznania, jakich doświadczycie zrekompensują Wam każdą wydaną monetę i zerowy komfort. 

  • Bilet na pociąg 50 bathów (5 zł)
Kasa biletowa na dworcu w Bangkoku

Cena biletu na pociąg Ordinary 3. klasy bez klimatyzacji, bez miejscówek (spokojnie, miejsca zawsze są), bez przedsprzedaży (bilet kupicie TYLKO w dniu wyjazdu) – całe 50 bathów (5 zł). Kasy są podzielone na bilety, które można kupić z wyprzedzeniem oraz na pociągi odjeżdżające w danym dniu. Obsługa mówi po angielsku, a na prawo od kas znajdziecie Informację. Nad kasami zawieszona jest elektroniczna tablica wskazująca godziny, trasy, perony. Przed peronami znajdują się ekrany z trasą, którą dany pociąg pojedzie. Jednym słowem nawet sierotka Marysia i królewna Śnieżka mają 100% pewności, że się nie pomylą. Zresztą kto jak kto, ale Tajowie to jeden z najmilszych narodów świata (choć z drugiej strony ja tego świata tak wiele znowu nie widziałam) i zawsze pomogą w razie wątpliwości. Aranyaprathet to stacja końcowa, więc nawet jeśli zaśniecie, to nie przejedziecie stacji. Więcej o tym jak wyglądają pociągi trzeciej klasy we wpisie o Ayutthaya

  • Aranyaprathet – tuk tuk, miniciężarówka, taxi
Miniciężarówka

Pozostało do granicy przejechać dystans 5 km. Tuk tukowcy wyłapią Was wcześniej, niż sami ich zauważycie. Pojęcia nie mam ile kosztuje przejazd, zakładam że jakieś 200 bathów co najmniej (po targach). Nie wiem z tego powodu, że nasza towarzyszka Mar dopadła miniciężarówkę z milionem ludzi na pace i jakimś cudem dopchaliśmy się na milion trzecią składową pasażerów. Ponieważ wszystko odbywało się błyskawicznie (mój mąż już ustalał z Francuzkami podział kosztów na wspólny przejazd tuk tukiem, ja lekko rozkojarzona łapczywie piłam wodę) w ostatniej niemalże chwili dopadliśmy pojazd (odjeżdżający, odjeżdżający!). Normalnie jak na filmie wojennym, kiedy bohater ma ostatnią szansę na uwolnienie się z rąk ścigającego i strzelającego z karabinu wroga.  Krzyknęłam: 

Stop! STOP!! 

Ktoś walnął pięścią w szoferkę i zdążyliśmy się chwycić czegokolwiek. Dokładnie rzecz ujmując jedną ręką trzymałam się jakiejś pospawanej rury, plecak przeważał mnie do tylu i bałam się, że ulegnę tej tonie na plecach, w drugiej ręce trzymałam otwartą butelkę z wodą i starałam się nie zabić siedzącego i ściśniętego jak sardynka dziecka, na które przy każdym zakręcie mnie zarzucało. Bałam się też potwornie o męża, który wcale nie dostał się do miniciężarówki, ale dosłownie WISIAŁ uczepiony jedną ręką na ostatnim schodku z jedną nogą w powietrzu, bo tylko jedna stopa miała podparcie, drugiej zabrakło miejsca (jeszcze kilku innych panów wisiało). Ile nas kosztowała ta przygoda? 15 bathów od osoby (1,50 zł). Przyznacie, że porównując z kosztami tuk tuka wiele zaoszczędziliśmy (i wiele ryzykowaliśmy). 

  • Wiza
Przejście graniczne Aranyaprathet-Poipet

Granicę przekroczyliśmy w 15 minut, żadnych kolejek, wiza kupiona online przed wyjazdem. Ciut dłużej zeszło Mar, ponieważ wizę załatwiała na miejscu, w dodatku nie miała ze sobą zdjęcia, więc jakieś 20 minut  musieliśmy na nią zaczekać. To tyle jeśli chodzi o opis pokonania granicy. Żadnych niespodzianek, żadnych strasznych historii, którymi straszą na blogach. Być może gdybyśmy wybrali tuk tuka to na tych 5. km natknęlibyśmy się na pseudo medyków mierzących temperaturę (i każących sobie za to płacić), na niby-strażników granicznych i pomagierów w załatwieniu wizy (za wielokrotność kosztów prawdziwej wizy, którą i tak trzeba kupić na prawdziwej granicy). Uważajcie na cwaniaczków, bo choć Tajowie to jedni z najmilszych i serdecznych ludzi, to jak wszędzie zdarzają się wyjątki. Wiza online na miesiąc 30 dolarów (gotowa w 2 dni). Kupowana na miejscu 5 dolarów tańsza. Jeśli online to tylko na stronie www.evisa.gov.kh 

  • Taxi/autobus 

Jesteśmy w Poipet. Możemy odetchnąć (tak nam się wydawało, o jakże myliliśmy się). Został tylko mały kawałek do Siem Reap. 70 km po względnie przyzwoitej drodze. Taksówkarze wołają sobie 40 dolarów, ale można zbić do 30. Niżej chyba nie pojadą. Najlepiej poszukać innych jadących do Siem Reap i zabrać się wspólnie dzieląc koszty. Naganiacze oferują także autobus za 10 dolarów od osoby. Na forach ludzie przestrzegają przed tym wyborem, ponieważ autobus dociera na obrzeża miasta i stamtąd trzeba dojechać taksówką. Ponieważ nam panowie nie dawali spokoju, byli bardzo natrętni, zapewniając o bezpieczeństwie dotarcia do celu postanowiłam zaryzykować. Cały czas była mowa o minivanie z klimatyzacją, poszliśmy więc za panem i naszym oczom ukazał się rozklekotany, śmierdzący autobus. „No i gdzie ten minivan do cholery?!” – pytam. No ok, nie wiem jak jest „do cholery” po angielsku, więc teraz koloryzuję, ale ton mojego głosu ewidentnie wskazywał na „fuck”. Pan zaczął mnie uspokajać, że niby teraz autobus, ale już w Siem Reap będzie minivan, który rozwiezie nas  do hoteli (wspomniał, że za dodatkową kasę, przyznaję). No nie spodobało mi się to. Węszyłam jakiś podstęp. Facet mówi „zapytaj innych, jak mi nie wierzysz, no zapytaj”. Weszłam więc do autobusu i donośnym głosem zwróciłam się do siedzących: „Cześć wam! Mam pytanie. Dokąd wy właściwie jedziecie”. Na to oni, że do Siem Reap i tam będą minivany. Uwierzyłam w to co mówią. Tyle tylko, że oni powtarzali to, co im nakładł do głowy ten dziwny naganiacz. Z pewnym ociąganiem, obawą, że robię źle – powiedziałam baj, baj ludziki i drzwi się zamknęły. Pomknęli ku obrzeżom Siem Reap, a my zostaliśmy z plecakami, Mar i pustym placykiem. Nikogo, kto  chciałby się dorzucić do naszej taksówki. Pan taksiarz numer 1 zaproponował, że weźmie nas za 35 dolców pod warunkiem, że poczekamy aż dokoptuje piątą osobę. Zgodziliśmy się. Nagle spod ziemi wyrósł taksiarz nr 2 i rzucił cenę 30 dolarów bez czekania. Wybór chyba oczywisty. Kątem oka zauważyłam, że kierowca nr 2 dał jakąś kasę (rekompensatę za utracony kurs) kierowcy nr 1. I tak oto rozpoczął się nasz ostatni 70. kilometrowy odcinek drogi. Rozpoczął to bardzo trafne określenie, bowiem pan taksówkarz wykręcił nam niezły numer. Po kilku kilometrach zatrzymał samochód i zażądał… Matko Boska, tyle się o tym czyta… 

dalej

Od lewej: Żaneta, Waldek, Mar.