Pociągiem z Bangkoku do Kambodży – część 2

Początek tej historii znajdziesz TUTAJ. Jeśli nie czytała/eś najlepiej cofnij się i wróć tu za moment.

Jeśli masz już za sobą pierwszą część to pewnie w napięciu czekasz na ciąg dalszy. Skoro piszę te słowa, to możesz się domyślić, że nikt nam głowy nie odciął (a w każdym razie ja wyszłam z tego cało). Tyle dobrego.

Ale co się tak naprawdę wydarzyło?!

Sama chciałabym wiedzieć…

Dojechaliśmy pociągiem z Bangkoku do Kambodży (w dużym skrócie, bo droga była bardziej wyboista, o czym wpsominałam w poprzednim wpise). 

Jesteśmy w samochodzie: Mar, Waldek i ja. Kierowca wyruszył spod granicy i miał nas dowieźć 70 km za ustaloną stawkę do Siem Reap. Sprawdzałam z Mar mapę, żeby określić dystans dzielący nasze hotele, w sumie wyszły tylko 2 km.  Samochodem to jakieś 3 minutki jazdy, świetnie. Po około 10 km jazdy kierowca zjechał na boczną uliczkę i… 

Kierowca zaraz po rozpoczęciu kursu zażądał zapłaty.

W osłupieniu spojrzeliśmy po sobie i czytając w myślach drugiej osoby jednogłośnie odmówiliśmy (trudno byo rozmawiać po angielsku, bo przecież on też znał ten język, a z Mar, która była Hiszpanką inaczej nie mogliśmy). Cena była uzgodniona, miejsce docelowe także. Nie praktykujemy płacenia za usługę przed jej wykonaniem. Nasz pan driver trochę się zdenerwował i dawaj naciskał na zapłatę. Gdybym nie naczytała sie o dziwnych historiach w podobnych okolicznościach pewnie wyjęłabym portfel i uiściła należność, ale ludzie przestrzegają się wzajemnie przed podobną praktyką. Nie zakładałam z góry, że mamy do czynienia z oszustem, któremu za chwilę „zepsuje” się samochód, albo żona zacznie „rodzić” i wyprosi nas w cholerę, ale postanowiła zdać się na intuicję, a ta kazała mi zachować czujność. Sytuacja zrobiła się lekko nerwowa. Delikatnie próbowaliśmy zapewnić pana, że dotrzymamy słowa, ale pieniądze zobaczy dopiero na miejscu.  Wyszedł z samochodu, trzasnął drzwiami i tyle go widzieliśmy. Zniknął w pobliskim budynku, a my zaczęliśmy się zastanawiać co też przed chwilą miało miejsce. Gdyby na tej trasie jeździły samochody pewnie wysiedlibyśmy i poszli łapać stopa, ale poza pojedynczymi skuterami nic nie majaczyło na widoku. Pan wrócił i zaczął prowokującym tonem:

– Skąd jesteś? z Hiszpanii? To u was tam w tej Hiszpanii nie płaci się kierowcom?! 

– Ja nie mam benzyny! Siedźcie sobie tu, bo nigdzie nie pojedziemy!

– Gap się za okno, gap. Możecie wysiadać, ja was nie zawiozę do miasta!

Ponieważ Mar lepiej od nas radziła sobie po angielsku wiodła prym w wymianie zdań, ale ją też zaczęło ponosić, więc wtrąciłam swoje trzy grosze spokojnym (zdarza mi się, owszem) tonem i jak mantrę powtarzałam:

– Posłuchaj, umawialiśmy się na Siem Reap, zrezygnowaliśmy z taksówki i autobusu, a wybraliśmy ciebie. Wydajesz się dobrym człowiekiem. Być może doszło do nieporozumienia, ale jedźmy dalej.  30 dolarów dostaniesz jak dotrzemy na miejsce. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani, my mamy za sobą wiele godzin jazdy pociągiem. Uspokójmy się.

Pomarudził coś po khmenrsku, pokręcił się na zewnątrz, ale w końcu wsiadł i ruszyliśmy. Uf…

Krajobraz za oknem był nijaki. Asfaltowa droga ciągnęła się szaro. Szacowałam, że godzinka z ogonkiem i będziemy u celu, tymczasem jazda wydawała się nie mieć końca. Droga była pusta, w miarę przyzwoita, ale wskazówka licznika nie chciała wskazać żadnej logicznej prędkości. Mar zasnęła, Waldek na przednim siedzeniu popadł w stan półsenny i tylko to tłumaczy jego przyzwolenie, żeby kierowca wysadził nas w centrum. Nie tak się umawialiśmy! Przecież miał nas podrzucić do hoteli. Bycie w obcym kraju, po kilku dobrych godzinach jazdy w upale (pociąg nie miał klimatyzacji), przy nieznajomości topografii miasta, to wszystko nie nastraja przyjaźnie do dreptania z ciężkim plecakiem w poszukiwaniu hotelu. Zaoponowałam z tylnego siedzenia i podałam do przodu telefon z adresem, pod który miał nas dowieźć. No zadowolony to on nie był, ale już nie cyrkował. Przyznaję, że nakręcił się trochę kierownicą, bo wjazd do ścisłego centrum, gdzie ruch jest zwielokrotniony, a turyści plątają się pod koła nie należy do najwygodniejszych. Szczęśliwie GPS doprowadził nas do pierwszego przystanku. Wypakowaliśmy plecaki, a Pan zażądał całej kwoty tu i teraz. Obrażony oczywiście nie chciał wydać ze 100 dolarów (a może faktyczne nie miał pieniędzy, kto go tam wie). Szczęśliwie właścicielka hotelu przyszła z odsieczą rozmieniając nam pieniądze.  Rozliczyliśmy się z Mar i pomachaliśmy na do widzenia, po czym facet z urażoną miną wystartował do niej:

– A ty dlaczego siedzisz w moim samochodzie? Przywiozłem was do hotelu, jesteście na miejscu. To koniec jazdy. 

Na tłumaczenia, że przecież jej hotel jest 2 km stąd w ogóle nie reagował. Mar zaparła się rękami i stwierdziła, że nigdzie się nie rusza. Teraz doszło już do otwartej kłótni. Ludzie zaczęli się nam przyglądać, zrobiło mi się jakoś tak dziwnie. Z jednej strony byłam zła na tego faceta, z drugiej chciałam to wszystko mieć już za sobą. To były nasze wakacje i tak jak postanowiłam sobie nie ulegać złym nastrojom i utrzymywać dobry humor pomimo zmęczenia, spadku nastroju, głodu, czy bliżej niezidentyfikowanych fochów, tak nie chciałam, żeby inni psuli mi samopoczucie. Zapropnowałam, że zapłacę mu za ten krótki kurs, ale on się zawziął i pokazując palcem na Mar powiedział złowrogo:

– Z nią NIGDZIE nie jadę!

Nie było wyjścia. Nasza współtowarzyszka wysiadła i lekko płaczliwie doniosła, że idzie piechotą. Zdarzyło nam się już co prawda robić znacznie więcej na nogach i z plecakami, ale byliśmy wykończeni fizycznie i psychicznie i w żadnym wypadku nie mogłam sie zgodzić na jej pieszą wędrówkę. Złapaliśmy tuk tuka, a w zasadzie kilka tuk tuków, bo panowie zwęszyli okazję i proponowali jakieś chorrendalne stawki z ten kawałeczek. Wreszcie trafił się miły staruszek, który wycenił trasę na 2 dolary. I tutaj znowu dała znać o sobie Mar. Zaczęła się z panem targować chcąc zbić cenę do 1 dolara. Staruszek się obraził i już odpalał motor, kiedy dopadłam go, wyjęłam 2 dolary i poprosiłam, żeby podrzucił dziewczynę do hotelu. Zachwycony nie był, ale 2 dolary piechotą nie chodzą. Wyłumaczyłam Mar, że dzięki niej zaoszczędziliśmy 10 dolarów dzieląc koszty podróży spod granicy na 3 osoby więc w ramach podziękowania czuję się zobowiązana zapłacić za tą drobną podwózkę. Zgodziła się. 

Powiem Wam, że ani dla niej, ani dla nas 2 dolary nie stanowiły jakiegoś uszczerbu w budżecie, nie rozumiem więc skąd taka potrzeba wynegocjowania głodowej stawki z kierowcą tuk tuka. Wiem, że Mar spędziła już w Azji 3 miesiące, my wjechaliśmy na krótkie wakacje, więc nasze podejście do wydatków było inne. Mimo wszystko płacenie komuś za usługę mniej, niż  jest warta powoduje u mnie dyskomfort. 

Zakwaterowaliśmy się w tanim hotelu, który przepychem przebijał pokoje, w jakich zdarzyło nam się nocować podczas tego wyjazdu. Nie szukaliśmy niczego komfortowego, samo przyszło. Prysznic, wyciągnięcie się na łóżku i w drogę – Night Market zaczynał serwować lokalne przysmaki, a my tacy głodni!

Widok z tarasu przylegającegp do pokoju hotelowego