W drodze na wyspę Koh Sichang

Końcówkę pobytu w Azji chcieliśmy spędzić na wyspie. Podróżując dwa tygodnie po Tajlandii, po trudach przeprawy do Kambodży drogą lądową (fantastyczna przygoda, więcej tutaj), absolutnie należał się nam wypoczynek.

W drodze na wyspę Koh Sichang

Założenie było takie, że to wyjazd niskobudżetowy, więc loty wewnętrzne z góry wykluczałam (co chyba nie było  najlepszym rozwiązaniem, bo za całkiem małe monety można upolować tani lot i zaoszczędzić czas). Trzeba było zdecydować się na którąś z polecanych na grupach FB. Problem polegał na tym, że transport w jedną stronę zająłby jakieś 9 godzin, co przy kilku dniach, jakie nam pozostały byłoby niemądre. Nie pozostało nic innego, jak podróżować palcem po mapie i samemu znaleźć coś możliwie najbliżej Bangkoku. Tak też wypatrzyłam Koh Sichang (nie mylić z popularną Koh Chang). 100 km od Bangkoku, w połowie drogi między Pattaya a BKK. Z Siem Reap w Kambodży, w którym przebywaliśmy kilka dni wykupiłam transport minivanem do Pattaya. Nie było sensu próbować dostawać się na wyspę tego samego dnia, ponieważ istniało ryzyko, że nie zdążymy na ostatni prom. 

Przekraczanie granicy 

Samo przekraczanie granicy zorganizowanym transportem wygląda dość osobliwe. Spod hotelu zabrał nas autobus, który po drodze zatrzymywał się po kolejnych pasażerów. Każdy z nas otrzymał naklejkę z tajemnym znakiem oznaczającym miejsce docelowe. Granicę przekracza się pieszo, więc po drugiej stronie mieli czekać na nas kolejni przewoźnicy rozjeżdżający się w różne strony Tajlandii. Ponieważ w tę stronę przeprawa graniczna zajęła nam dobrze ponad dwie godziny (straszne kolejki), obawiałam się, czy nasz autobus na pewno na nas zaczeka. No, ale przecież nie tylko my staliśmy w ogonku. Istotnie, po wyjściu na stronę tajlandzką pan wyłapywał ludzi z naklejkami i kierował na miejsce oczekiwania na pozostałych. Po jakimś kwadransie byliśmy już w komplecie i upchani do minibusa wyruszyliśmy ku Pattaya. 

Założenie proste – realizacja niekoniecznie 

Nocowaliśmy w hotelu zaraz przy dworcu autobusowym i o poranku chcieliśmy pojechać autobusem z kierunkiem na  Bangkok. Wystarczyłoby, żeby kierowca wyrzucił nas po drodze w Si Racha (prowincja Chonburi) w pobliżu domu towarowego Robinsson. Założenie proste, realizacja już niekoniecznie. Panie w kasach nie znały angielskiego, więc próba porozumienia się była skazana na porażkę. Wskazywały palcem kierunek i sugerowały, że TAM znajdziemy transport. To konkrente TAM było gdzieś przed nami, ale zeszliśmy je wzdłuż i wszerz i wierzcie  mi, żadnego przystanku nie znaleźliśmy. Przed nam rozpościerała się ruchliwa dwupasmówka, a nad nią tory kolejowe. Opcją awaryjną był pociąg, ale odjeżdżał po 14:00, a tymczasem mieliśmy chyba 9:00 rano. Szkoda czasu, kiedy tam szumią fale i złoty piasek czeka, żeby go podeptać. Dotarło do nas, że mamy wypatrywać minibusów jadących do BKK. Na tej trasie nie ma czegoś takiego jak przystanki, po prostu trzeba łapać jak stopa. Owszem, jechały, ale żaden stanąć nie chciał. Zatrzymywały się tylko taksówki i proponowały podwózkę za horrendalne pieniądze (30 km). Skąd wiem, że ceny były mocno zawyżone? Uber. Nie ma nic prostszego jak skorzystać z aplikacji Uber lub Grab, gdzie pojawia się szacowany koszt przejazdu. Ostatecznie uznaliśmy, że z ciężkimi plecakami, w potwornym upale, na asfaltówce w pełnym słońcu, nie mamy więcej sił liczyć na stopa i dobiliśmy targu z taksówkarzem (bez licznika, za umówioną stawkę). Pan był bardzo rozmowny, choć jego angielski taki mało angielski. Dopytywał skąd wracamy i bardzo mu zależało na podzieleniu się zdjęciami z kompleksu świątynnego Angkor Wat w Kambodży. Tak sobie konwersowaliśmy mniej lub bardziej udanie, ale w pewnym momencie kierowca bardzo się zirytował, kiedy nie mogłam zrozumieć pytania o „iszing”. W kółko próbował się dowiedzieć, czy  na wyspie będziemy robić „iszing”. W końcu puścił kierownicę, zamachnął się obiema rękami do tyłu i przerzucił je nad głową do przodu. 

– iszing, iszing , do you like iszing? 

Eureka! No nie, nie będziemy łowić ryb. Jedziemy poleżeć na plaży i robić NIC. Jak się finalnie okaże na leżakowanie uzbierało nam się może dwie godziny, bo my już chyba nie potrafimy NIC  nie robić, a oplanie i owszem miłym jest doznaniem, ale na pół godziny, potem dostajemy odleżyn 🙂 Jak tylko zajrzyjcie na kolejny wpis zrozumiecie, dlaczego marnowanie czasu na plażowanie nie było dla nas. Maleńka wyspa Koh Sichang, na której nie ma turystów (a wiem to na pewno, bo jej całe 17 km kwadratowych zjechaliśmy na skuterze wzdłuż i wszerz kilkukrotnie), ma wbrew pozorom tyle do zaoferowania, że plażing byłby najgorszą (według nas) opcją. 

No, ale wróćmy do pana taksówkarza. Jedziemy sobie, gawędzimy, pan się poleca naszym znajomym, my i owszem obiecujemy przekazać kontakt, aż docieramy na przystań. Kierowca staje, uśmiecha się dziwnie i mówi, że jesteśmy na miejscu, ale przystań zamknięta.

???

Jak zamknięta jak otwarta. No, przynajmniej Internety nie przestrzegają, że promy nie pływają. Faktyczne jak okiem sięgnąć  Budowa trwa w najlepsze. Nic to, myślę sobie, znajdziemy prywatną łódkę, w końcu to tylko pół godziny od brzegu. Ale nasz kierowca nie zostawi nas w potrzebie, oj nie. On nas może zawieźć do przystani promowej, która jest otwarta, ale to daleko, oj daleko i trzeba zapłacić dodatkowo za kurs. O ty cholero (myślę sobie), ja ci już za kurs płaciłam, a ty tu taki numer odstawiasz?! To uderzyłam w ten sam ton co i on:

– O jaki ty miły jesteś, bardzo dziękujemy za propozycję, ale niestety (oj jaka szkoda) nie możemy skorzystać. Umówiliśmy się tutaj ze znajomymi, a ich jeszcze nie ma jak widzisz. No musimy na nich zaczekać. Przyko mi…

I tak oto zostaliśmy na przystani w budowie, bez możliwości przepłynięcia na wyspę, z nadzieją odnalezienia odprawy promowej, która gdzieś tam na pewno działa. Google potwierdziły; najbliższa przystań 2 km dalej.

– Idziemy, czy jedziemy tuk tukiem? 

Pewnie, że jedziemy. Ale, ale! To podróż niskobudżetowa koleżanko. Jak się powiedziało A, to trzeba iść za ciosem i powiedzieć B. 

I tak podrałowaliśmy na nogach zgodnie ze wskazówkami GPS. 

Gdzie mój paszport

Si Racha (prowincja Chonburi). W poszukiwaniu promu.

Po drodze zajrzeliśmy do banku wymienić pieniądze. W kantorze zawsze trzeba okazać paszport, w banku podobnie. Klimatyzowane wnętrze, panie w żakietach, a  my takie dwa obdarciuchy. Przy okienku podałam pani paszport, a ta prosi, żeby podszedł mój mąż podpisać jakiś kwitek. Okazało się, że posłużyłam się paszportem Waldka, pytanie tylko GDZIE MÓJ PASZPORT? Poprzedniego wieczoru przy meldunku w hotelu zabrano nam dokumenty do skserowania, ale zaraz potem oddano. Moja wina, że nie sprawdziłam, czy to nasze, czy cudze. Szczęśliwie tylko schowaliśmy paszporty na krzyż – Waldek mój, ja jego. Uff. 

Z pomocą przechodniów dotarliśmy na przeprawę promową (oni te przystanie mają słabo oznakowane). GPS mówi „dotarłeś do celu”, tylko że celem powinien być prom, a nie sklep spożywczy. 

Widok z promu płynącego na wyspę

Leniwym krokiem, z zatkanymi nosami (jak ryby na kutrach śmierdzą, ojej) dotarliśmy do kasy, a tutaj sprawy już potoczyły się w ekspresowym tempie. Prom właśnie odbijał od brzegu, a następny za pół godziny. Pani z kasy kazała nam się szybko pakować na pokład. Lekko skołowana, z ciężkim plecakiem, przedreptałam przez cieniutką kładkę o szerokości chyba 5 cm. Poważnie, nie żartuję. Wszyscy pasażerowie wsiadali w bezpiecznych warunkach, tylko my tak na dokładkę i na szybko. Rzuciłam okiem – wszystkie miejsca zajęte. Środkowa, zadaszona część, do której wchodzi się bez butów – także (często nawet przed sklepami zdejmuje się obuwie). W końcu Waldek siadł na jakimś pojedynczym fotelu, a ja się przepchałam na sam koniec próbując się usadowić obok mnicha. Obok mnicha (!!!), na którego nie powinnam w ogóle patrzeć, nie mówiąc o stykaniu się z nim kawałkiem uda! Wyrwałam się jak oparzona (bo mi rozum wrócił), żeby zamienić się z mężem, ale żołnierz ustąpił mi miejsca przesiadając się obok mnicha. Potem jeszcze pomógł z plecakiem przy wysiadaniu. Mnisi często mają osobne miejsca na promach, poczekalnie na dworcach, czy wejścia do różnych obiektów. Darzy się ich ogromnym szacunkiem. Kobiety powinny unikać kontaktu wzrokowego. Niemniej sama widziałam, jak na promie w Bangkoku mnich przesiadł się robiąc obok siebie miejsce kobiecie i gawędząc z nią całą drogę. Pewnie różnie bywa, ale jako obcokrajowiec powinnam zwracać uwagę na takie szczegóły bardzo drobiazgowo i unikać konfrontacji. 

Dotarliśmy szczęśliwie, te pół godziny minęło błyskawicznie. Pozostało doczłapać się do naszego bungalowu. Na przystani stało mnóstwo taxi-skuterów, ale raz powiedziane „no, thank you” wystarczyło. To nie kraj arabski, gdzie możesz i sto razy powiedzieć „dziękuję, nie, dziękuję”, a i tak cię nie słuchają (choć tęsknię już trochę za arabskim klimatem). 

Jesteśmy, zaczynamy relaks. Stanowczo za krótki i zbyt wyczerpujący. Taki relaks po naszemu – w ruchu. 

Widok z bungalowu „Charlie”