Podróże

Jeszcze jako mała dziewczynka, której młodość upłynęła za „żelazną kurtyną” miałam marzenie: bardzo chciałam polecieć samolotem. W zupełności cieszyły mnie wyroby czekoladopodobne, nie przeszkadzały ograniczenia w postaci kartek, deficyt podstawowych produktów (to w zasadzie trapiło moją mamę). W najśmielszych wyobrażeniach moje myśli nie ulatywały ku innym kontynentom. Ba! Kolonie we wschodnich Niemczech, a potem wypady pod namiot do Czechosłowacji były dostatecznie ekscytujące. Ale marzenie o samolocie pozostało.

Nadeszły czasy, kiedy (co bogatsi) Polacy mogli już sobie pozwolić na wczasy w Bułgarii, potem latali do Egiptu, a obecnie to już cały świat stoi przed nami otworem. Cudowna HAMMERYKA nie jest niosiągalnym rajem, a miejscem, które bez większego problemu można odwiedzić. Będąc już dorosłą osobą, kilkanaście lat temu miałam okazję pierwszy raz w życiu polecieć samolotem. W trakcie lotu musiałam pójść do toalety, ale steward (Egipcjanin) powstrzymał mnie słowami: „zanęte, zanęte”. Popadłam w osłupienie. Przez głowę przelatywały mi myśli w stylu „skąd on zna moje imię” (Żaneta)?! Przyjęłam założenie, że jest profesjonalistą i zna personalia pasażerów, którym zostały przydzielone określone miejsca w samolocie. Nic w tym nadzwyczajnego, przecież komentatorzy sportowi na bieżąco zdają relację z tego, który zawodnik przejął piłkę podczas meczu. Uśmiechnęłam się i chwyciłam za klamkę. Steward powrócił do swojego „zanęte, zanęte” i dopiero wtedy zauważyłam czerwony zaczek na drzwiach mówiący o tym, że toaleta jest zajęta.

To tyle w kwesti marzeń i wznoszenia się na wyżyny… głupoty. 

steward