dzień 3 – Werona miasto Romea i Julii

Kojarzona z Szekspirem, który rozsławił ją tragiczną historią miłosną – Werona miasto Romea i Julii. Nie sposób nie zauważyć, że punktem, do którego podąża masa turystów jest właśnie dom Julii.

Werona miasto Romea i Julii

Dom Julii

Odczuliśmy to dość wyraźnie, bo im bliżej byliśmy, tym bardziej tłum gęstniał, a my automatycznie  chwytaliśmy za portfele. Po drodze rzucił nam się w oczy balkon z dmuchanym niedźwiedziem polarnym; no cóż, każdy ma takiego Romea, na jakiego zasłużył…

Werona miasto Romea i Julii

Do domu Julii prowadzi brama z masą dość osobliwych wyrazów miłości w postaci serc i tajemnych równań John+Sara=forever, a wszystko przy użyciu (chyba) pisaków.

Na dziedzińcu naszym oczom ukazuje się ONA – piękna Julia z nagim, błyszczącym biustem.

Jak głosi legenda dotknięcie prawej piersi posągu gwarantuje szczęście w miłości. Z racji dość obleganej atrakcji niektórzy chwytają i rąbka sukienki próbując wytargować od losu przynajmniej namiastkę powodzenia. Dziedziniec upstrzony jest kłódkami, które (podobnie jak na mostach) mocuje się po wieczny czas wyrzucając kluczyk. Kto kłódki nie posiada nie  musi martwić się o swój los – może ją nabyć na miejscu w sklepiku. 

Z balkonu co rusz wystaje głowa Julii. Raz jest ona turystką z Niemiec, inny razem z Polski, a niekiedy twarz ma skromnie zasłoniętą przez kwef. Wejście na balkon jest możliwe za kilka euro. Nie żebyśmy byli sknerusami, ale postanowiliśmy zostać na dole.

Dom Julii tak  naprawdę należał do rodziny Capelli, a balkon został do niego dobudowany w latach 30. XX w. Zresztą po co Romeo miałby ryzykować skręcenie karku wspinając się po balkonie do ukochanej, skoro jego dom znajdował się w przylegającym budynku (zdjęcie umieściłam jako obrazek wyróżniający ten wpis)? Dziś stanowi własność prywatną i nie ma możliwości wejścia do środka. Podobno właściciel jest majętnym kawalerem…

Listy do Julii

Gdyby ktokolwiek zwątpił w Julię może do niej napisać. Jest więcej niż pewne, że otrzyma odpowiedź. I bynajmniej nie mam na myśli drogi mailowej, ale taki prawdziwy, własnoręcznie napisany list. Nie ma nawet znaczenia, czy zna się język włoski – Julia odpowiada po angielsku, niemiecku, polsku, hiszpańsku, chińsku, a nawet breilem! Podobno tylko raz miała problem z listem z Mongolii. Złośliwcy mówią, że Klub Julii prowadzi 15. osobowe stowarzyszenie założone przez pewnego wdowca, a znaczki na listy zwrotne dofinansowuje Rada  Miasta, ale ja temu stanowczo zaprzeczam. Julia na pewno żyje. Tak jak Elvis. 

Piazza delle Erbe

Kto ma dość wrażeń może odsapnąć na placu handlowym, na który  znajduje się sporo kawiarenek i jest podobno jednym z najważniejszych miejsc Werony. Plac mieści się na miejscu dawnego rzymskiego forum i choć z racji handlowego charakteru tętni życiem, to oko przukuwają wspaniałe budynki (Casa dei Marcanti, Torre dei Lamberti, Pallazo dei Comune), a największe wrażenie robi fontanna z Werońską Madonną (w rzeczywistości jest to posąg z czasów rzymskich zaadoptowany do nowej roli). 

 Starożytny rzymski Amfiteatr

zwany Areną to budowla rozmiarami ustępująca tylko rzymskiemu Koloseum. Pierwotnie miała trzy kondygnacje, ale najwyższa zawaliła się podczas trzęsienia zmieni w 1117 r. Po upadku cesarstwa rzymskiego materiał posłużył jako budulec. Odbudowana w renesansie. 

Ippopotamo – pizza bez końca

Po zwiedzeniu Werony dano grupie 40 minut wolnego na posilenie się przed dalszą walką. Skorzystaliśmy z porady pilotki i wybraliśmy restaurację Ippopotamo z najlepszą (jak mówiono) w tej okolicy pizzą. Na parterze atmosfera “szybkoobsługowa”, hałaśliwa, czyli coś, od czego chcieliśmy uciec. Na pięterku znaleźliśmy tak upragnione ukojenie. Usiedliśmy za stołem czekając na klenera. Z pełną świadomością, że przyjdzie nam zapłacić “stolikowe”, ale w końcu czasem trzeba zamienić krawężnik na kawałek krzesła. Minęło 10 minut i nic. Echo. Zagadnęłam więc krzątającego się chłopaka, ale chyba nie znał angielskiego (ja nie znam włoskiego) i tak na migi wytłumaczył, że on tu nie jest od zamówień, ale od sprzątania i poprosi do nas kelnera. Jak obiecał – tak uczynił. Kelner przyjął zamówienie, po kilku minutach przyniósł drinki  i porzucił nas na kolejne długie minuty. Zazwyczaj nie patrzę na zegarek będąc w restauracji, ale tym razem czas naglił. Kątem oka zauważałam jak zmieniają się nasi towarzysze przy innych stolikach. Kilka par zdążyło już zjeść swoje pizze i odejść w świat. A my coraz bardziej głodni, poddenerwowani. 10 minut przed wyznaczonym czasem zbiórki stwierdziliśmy, że nawet jeśli za sekundę podadzą pizzę, to i tak nie zdążymy jej zjeść.

Szybka decyzja

Postanowiliśmy zapłacić za drinki i zrezygnować z zamówienia mając w głebokim poważaniu jak bardzo zaawansoany jest proces produkcyjny pizzy. Pani manager nie wydawała się zdziwiona (zresztą nie byliśmy jedynymi zniesmaczonymi i głodnymi klientami). Przeprosiła stokrotnie i zaoferowała pizzę na wynos. I tak 3 miniuty później wyszliśmy z dwoma pudełkami najlepszej (jak się potem okazało) pizzy, którą przyszło nam zjeść we Włoszech. Bo musicie wiedzieć, że włoska pizza jest.. delikatnie ujmując.. mało smaczna. Nie Włosi są temu winni, ale my, którzy przyzwyczailiśmy się do wielu składników na krążku ciasta – w przeciwieństwie do Włochów, którzy poza sosem pomidorowym i mozarrellą (z prawdziwego mleka prawdziwego bawołu) nie dokładają nic, a nic (chyba że turystom). 

Pytanie dlaczego tak długo czekaliśmy na swoją pizzę na piętreku, a tak szybko otrzymaliśmy ją na dole? Pizza wypiekana jest w piecu opalanym drewnem w temperaturze 485°C i ze względu na cienkie ciasto piecze się jedynie 60-90 sekund. Problem w tym, że przy stolikach przed restauracją chyba z 50 osób czekało na swoje zamówienie, a obsługa nie była w stanie temu sprostać. 

Dlaczego inni w czasie naszeg oczekiwania byli w stanie kilkukrotnie zmienić się przy stolikach, a nam przyszło patrzeć na nich z zazdrością? Otóż we Włoszech można kupić dwa rodzaje pizzy: taką prosto  z pieca i w kawałku. Ta w kawałku jest porcjowana, upieczona jakiś czas temu i tylko podgrzewana. Ciasto jest wybitnie grube i jednym trójkącikiem można się najeść tak, jak całą (cienką) pizzą. Plusy i minusy tej sytuacji są oczywiste. Komu w drogę – temu pizza w kawałku!