Pływające wioski na jeziorze Tonle Sap

Do Kambodży zawitaliśmy na kilka dni, trzeba więc było je dobrze zaplanować, żeby maksymalnie wykorzystać czas i koniecznie chcieliśmy odwiedzić pływające wioski na jeziorze Tonle Sap. Hotel znajdował się kilka minut na nogach od Night Market i pobliskiej Pub Street. Na nocny market trafiliśmy już pierwszego wieczoru, a przywiodła nas do niego obietnica pysznego jedzenia. Dookoła gwar miasta, krzątający się sprzedawcy, wózki ze street foodem, skutery, biegające dzieci – uwielbiam taki klimat. Do czasu. Po całodniowej przeprawie marzyliśmy o chwili spokoju. W centrum Siem Reap na takim marzeniu trzeba poprzestać – i tak się nie ziści. Znaleźliśmy zakątek z plastikowymi stolikami i zamówiliśmy trochę typowych potraw.

Oczy by jadły

Kolejny raz popełniłam ten sam błąd: w Kambodży/Tajlandii nie jada się zupy i drugiego dania, bo zwyczajnie żołądek tego nie pomieści. To znaczy nie zabraniam, ale przestrzegam. Połowa tych dobroci została nie tknięta, co było bardzo nieroztropne (nie lubię marnować jedzenia). Już w Polsce nawiązałam znajomość z Vihchay polecanym kierowcą tuk tuka, który miał nas obwieźć po kompleksie świątynnym Angkor Wat i khmerskiej wsi. Za pośrednictwem messengera potwierdziłam spotkanie o 8:00 dwa dni później, dzień jutrzejszy chcieliśmy  poświecić na pływające wioski na jeziorze Tonle Sap.

Dobre biuro nie jest złe

Tutaj skorzystaliśmy z oferty biura wycieczkowego, których w Siem Reap na każdej ulicy można zliczać dziesiątkami. Ceny wynoszą około 20-30 dolarów od osoby za wyjazd do Kampong Phluk i nieco mniej za Chong Kneas. Od tej drugiej wioski trzymaliśmy się z daleka, ponieważ wg opinii w Internecie wioska jest bardzo skomercjalizowana, nastawiona typowo pod turystów, z mnóstwem plastiku i nacisków na datki. Wspieranie dzieci polegające na kupnie worka ryżu skutkuje jego odstawieniem do sklepu i ponowną sprzedażą kolejnym wycieczkowiczom. Chcieliśmy tego uniknąć, ale powiem szczerze, że Kampong Phluk nie różniło się jakoś zasadniczo od takiej praktyki, z tym, że zastosowano nieco inne techniki manipulacyjne (za chwilę o tym opowiem). Około 15:00 podjechał po nas minivan i następną godzinę zbieraliśmy po drodze kolejnych uczestników.

Generalnie są dwie opcje zwiedzania:

– poranna (po 14:00 jesteście z powrotem)

– popołudniowa (zahaczacie o urokliwy zachód słońca)

Istnieje także trzeci wariant, na który namawiał nas zaprzyjaźniony tuk tuk driver, ale byłoby to nieopłacalne, ponieważ musielibyśmy zapłacić mu za transport oraz dodatkowo za indywidualne wynajęcie łodzi. Obawiałam się deficytu łódek na przystani, albo wygórowanych cen, dlatego pozostaliśmy przy zorganizowanej formie. 

Pływające wioski na jeziorze Tonle Sap

Pływająca wioska zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale czułam się wewnętrznie rozdarta. Z jednej strony nie mogłam przestać fotografować, z drugiej wchodziłam z obiektywem w codzienne życie tych ludzi kradnąc im prywatność. Wielka pani kupiła sobie możliwość pooglądania biednych ludzi, rzuciła tu i tam po dolarze i wróci do domu przekonana, że przeżyła coś prawdziwego. Zachłysnęłam się widokiem dzieci, rybaków, życia toczącego się w domach na palach. Między łodziami podobnymi do naszych co rusz pływały małe łódki z motorowym napędem, a w nich kobiety w kapeluszach z uśmiechniętymi dziećmi, śpiącymi niemowlętami, mężczyźni rzucający sieci. I wielkopański statek z mieszanką kulturową na pokładzie:

– pan z Wielkiej Brytanii, który poza 50 kg nadwagi taszczył aparat z wymiennymi obiektywami,

– Amerykanie, którzy usadowili się na dachu i co rusz to otwierali nowe puszki piwa (nie mówiąc o  charakterystycznym zapachu trawy),

– Niemcy, którzy już przed wejściem na pokład byli nieźle zaprawieni,

– Azjaci z krajów bliżej nieokreślonych (co najmniej trzech), spośród których jedna nastolatka pozowała do selfi i nie odrywała nosa od komórki,

– Polacy z wytrzeszczem oczu, którzy zamiast się rozglądać pstrykali fotki i kręcili filmy (to my).

Szkoła

Pierwszy postój miał miejsce w szkole. Zaprowadzono nas na ląd (z uwagi na niski stan wody niektóre kawałki ziemi były odkryte). Dzieci w białych koszulach biegały po podwórku, inne ustawione w rządku śpiewały piosenki, grały w piłkę, podlewały kwiaty w doniczkach. Wyglądało to trochę jak pokazówka. Pomiędzy tym wszystkim panie dzierżące w dłoniach zeszyty i kredki próbujące namówić naszą gromadkę  na zakup w celu wsparcia szkoły. Zawsze mam w takich sytuacjach moralnego kaca niezależnie od tego, jakiego wyboru dokonam. Ciężko tak odmawiać oko w oko, a z drugiej strony nie wiem, czy pieniądze rzeczywiście zostaną wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem. Ponieważ wspieram systematycznie Ośrodek w Kasisi (Zambia) i nie stronię od doraźnego uczestnictwa w innych akcjach charytatywnych postanowiłam nie ulec dość nachalnym sprzedawczyniom.

One dollar

Kambodża nazywana jest krajem jednego dolara, bo tutaj nic nie kosztuje mniej, a każda cena jest jego wielokrotnością. Żebrzące dzieci (bo sprzedawanie turystom widokówek, magnesów, innych drobiazgów to taka zakamuflowana wersja żebractwa) były wszędzie (szczególnie w kompleksie świątynnym Angkor Wat). Zdaniem cenionego przeze mnie reportera Wojciecha Tochmana angażowanie się finansowo w bezpośredni zakup to wspieranie żebractwa i utrzymywanie tych dzieci w przekonaniu, że nie ma sensu podejmować wysiłku edukacji, skoro turysta da ot, tak. Pan Tochman namawia do wspierania fundacji i innych organizacji, które skupiają się na długofalowej pomocy. Wszyscy wiemy, że jedna ryba napełni żołądek, ale wędka da szansę na rozwiązanie problemu w ogóle. Aktualnie W. Tochman prowadzi akcję zrywania łańcuchów (w Kambodży wielu ludzi chorych psychicznie zamykanych jest przez rodziny w klatkach lub przykuwanych łańcuchami do drzewa). Więcej znajdziesz tutaj.

Zabawa

Pochodziliśmy między domami, pouśmiechaliśmy się do mieszkańców. W niedalekiej odległości grupka kilkulatków bawiła się w najlepsze zaśmiewając w głos i rzucając w siebie “czymś”. Kiedy podeszłam bliżej okazało się, że był to młody, wystraszony kurczaczek… Co było robić? Jakie mam prawo wytłumaczyć tym dzieciom, że nie wolno męczyć zwierząt? Jakie mam prawo wtrącać się będąc gościem na ich ziemi? Jak będę się czuła odwaracając się plecami i udawać, że nic się nie stało. W dodatku jedyna komunikacja z dziećmi to mowa ciała. Nie miało więc znaczenia w jakim języku mówię, zwróciłam się więc do nich po polsku nadając głosowi odpowiednio zatroskaną barwę, tłumacząc, że żywa istota nie może być traktowana jak zabawka. Oczywiście nie zrozumieli tego CO mówię, ale już JAK i owszem. Dali kurczakowi spokój udając, że zabawa przestała ich interesować (a może rzeczywiście tak było?).

Las namorzynowy

Kolejnym punktem, do którego dotarliśmy był domek na drewnianym podeście, z którego prowadziły dwie drogi:

  1. na lunch
  2. wpłynięcie czółnami do lasku namorzynowego

Za dodatkowe 5 dolarów od osoby można było wsiąść do czółna i pani wiosłowała w gęstwinę zatopnionego lasu. Widoki niewyobrażalnie piękne. Trzeba było uważać, żeby nie przechylać się za bardzo na boki, ponieważ łódka mogłaby nabrać wody. Tą sielankę psuł obraz naszej wiosłującej pani, która raz za razem wykrzywiała w bólu twarz i strzepywała ręce szukając chwilowej ulgi do napiętych mięśni. Fakt, że zapłaciło się za przejażdżkę nie czyni mnie nieczułą i roszczeniową. Po lesie pływały tylko kobiety, często trzymając na kolanach śpiące niemowlaki. Nikomu przy zdrowych zmysłach w Polsce nie przyszłoby do głowy zabieranie kilkumiesięcznego szkraba na wywrotną łódkę, tymczasem te kobiety nie tylko nie dochodziły do sił po porodzie w zaciszu domu, ale wraz z maluchami pracowały na jeziorze. Jeśli budzą się w Waszej głowie myśli o niedobrych mężczyznach, to je porzućcie. Gdybyście zobaczyli tych panów zarzucających sieci, nurkujących w brunatnej wodzie, rozstawiających sieci wiedzielibyście, że tak po prostu jest zorganizowane to społeczeństwo. Każdy ma tu jakąś rolę do odegrania i nikt sie jej nie wypiera. 

Zakupy

W pewnej chwili wpłynęliśmy do “sklepu”, a dokładniej rzecz ujmując po obu naszych stronach cumowały łodzie z jedzeniem. Jedna z przepięknych Khmerek rozpoczęła z nami rozmowę. Dziewczyna naprawdę cudnej urody, aż głupio mi się zrobiło, że nie zwracałam uwagi na inne panie. Ana (tak miała na imię) na koniec pogawędki zaproponowała zakup napojów – nie sposób było odmówić. Tutaj możecie zobaczyć krótki filmik. Przeszło mi przez myśl, że to taka trochę transakcja wiązana. Poza dwoma napojami i ciastkami (“to dla wiozącej was pani”) nie kupiliśmy nic więcej, a rachunek wyniósł… 20 dolarów. Dla przypomnienia napiszę, że tyle paciliśmy za całą wycieczką dla jednej osoby! Ja rozumiem, że na molo w Sopocie kawa też kosztuje nieco więcej, niż w restauracji w centrum, ale mimo wszystko to urocze dziewczę zrobiło na nas niezły interes. Jestem przekonana, że dochód ze sprzedaży dzielony był na wszystkie panie, niezależnie od tego, u której dokonało się zakupów.

Baloniki

Czekając na grupę umilaliśmy sobie czas bawiąc się z dziećmi, które zaczęły wyrastać jak spod ziemi. Wszystko za sprawą balonów, które dmuchaliśmy i rozdawaliśmy rozbrykanej gromadce. W ogóle sposób z balonam okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ w całej Kambodży podbiegają do Ciebie dzieci i za niby przysługi proszą “one dollar, one dollar”. Wiecie, że o wiele więcej radości poza tym dolarem wywołuje zwykły balonik? Ani ja nie jestem chodządzym bankomatem, ani te dzieci nie wiedziałyby jak naciskać na turystów, gdyby ktoś im tego nie pokazał. Trochę o mentalności Khmerów w ich trudnej gospodarczo sytuacji poczytacie w kolejnych wpisach. Mieliśmy kontakt z dwoma kierowcami tuk tuków, a każdy z nich opowiedział nam o Kambodży zupełnie różne historie.

Nauczyciel, który został zbrodniarzem

Rządy Pol Pota i Czerwonych Khmerów doprowadziły do zagłady 1/3 społeczeństwa i totalnej ruiny kraju w latach 70. XX wieku. Kambodża właśnie teraz odbudowuje się ze zniszczeń, teraz ludzie mają wpływ na to, jak będzie wyglądał ich kraj. Nasi zaprzyjaźnieni kierowcy reprezentowali zupełnie odmienne podejście do tego JAK chcą wpływać na swój kraj, ile mogą dać z siebie i jakie mają oczekiwania. Wspominałam o jednym kierowcy, z którym nawiązałam kontakt jeszcze w Polsce, jak to się stało, że teraz piszę o dwóch jeszcze poczytacie. Historia jest tak idiotyczna, że poświęcę jej cały osobny wpis. Wszystko za sprawą tego, że często szybciej działam, niż myślę. Jest mi bardzo wstyd za to, jak się zachowałam, ale mam nadzieję, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby tą głupią sytuację uzdrowić (nie naprawić, bo to była rzecz niemożliwa). 

Ostatnie chwile na jeziorze to wypłynięcie na jego taflę (wioska zasiedlona jest na rozlewisku Tonle Sap, nie na jeziorze jako takim) i obserwowanie zachodu słońca. Punkt obowiązkowy popołudniowych wycieczek.

Majtek

Podczas tych kilku godzin na statku fantastycznie spisywał się młody majtek, chłopiec na oko ośmioletni. Odpowiadał za odbijanie i cumowanie, biegał po zewnętrznej burcie, wspinał się na rozwieszonych sznurowych drabinkach. Nie wiem czy bardziej byłam zaurocznona, czy przerażona. Chłopiec w jego wieku  powinien być w szkole, a nie parać się tak niebezpiecznym zajęciem. W Kambodży wciąż większy nacisk kładzie się na pracę kosztem edukacji. Dlatego też choć naukę w szkołach rozpoczyna 96% dzieci, kończy ją mniej, niż 50%*. Na moim kanale youtube możecie zobaczyć jak radził sobie ten chłopiec – kliknij.

Do Siem Reap dotarliśmy około 19:00. Zmęczeni, pełni wrażeń i gotowi na następny dzień, który mieliśmy spożytkować na zwiedzanie Angkor Wat. Wymieniłam z naszym kierowcą Vihchey wiadomości na messengerze i potwierdziłam, że będzie na nas czekał jutro punkt 8:00 pod hotelem. Vihchy przyjechał, ale niestety nie spotkaliśmy się… Ale to już zupełnie inna historia, o której poczytasz tutaj

Kilka zdjęć w galerii.

 


* Dane na podstawie raportu organizacji Save The Children z 2015 roku.