Wyspa Koh Sichang

Zwiedzanie Tajlandii zawsze połączone jest z co najmniej kilkoma dniami na wyspie. Nawet najbardziej zatwardziały globtroter marzy o chwili oddechu. Nie inaczej było z nami. Po kilku tygodniach intensywnego zwiedzania, kilkudniowym wypadzie do Kambodży końcówkę postanowiliśmy spędzić na jednej z malowniczych wysp. Wybór padł na Koh Sichang (nie mylić Koh Chang) z uwagi na bliską odległość od Bangkoku (70 km), z którego mieliśmy lot powrotny. 

Wyspa Koh Sichang

Pomimo niewielkiej powierzchni 17 km2 nie sposób się na niej nudzić. Niektórzy mówią, że to zapomniany raj, wg mnie raj nieodkryty. Niestety tym wpisem zdradzam tajemnice wyspy, ale z dobrego serca. Kiedy człowiek zetknie się z czymś wyjątkowym, chce się dzielić z innymi. Na przykład tym, że żadna mapka Koh Sichang nie pokaże Wam, co jest sercem tej wyspy. Będę Waszym przewodnikiem. Czytajcie dalej, a zdradzę Wam sposób na spędzenie wakacji zupełnie za darmo. Będziecie mogli odetchnąć od całego świata i niespiesznie BYĆ. Koh Sichang ma w sobie perełkę, do której dotrą tylko ci, których zaprowadzi tam intuicja, albo Czytelnicy tego bloga. 

Jak dotrzeć na wyspę

bilet na prom Koh SichangBardzo prosto. Z Bangkoku macie do pokonania 70 km. Wydostaniecie się busem jadącym w kierunku Pattaya (dworzec Ekkamai). Wystarczy wysiąść pod domem towarowym Robinson w Si Racha (prowincja Chonburi). Osoby jadące z Pattaya mają do pokonania 30 km. Sposób, w jaki dotarliśmy na prom (nie bez przygód rzecz jasna) opisałam  tutaj. Promy odpływają cztery razy dziennie, czas płynięcia 30 minut, koszt 50 thb (5 zł).

Wyspa Koh Sichang różni się od innych tym, że jest… jakby to powiedzieć… piękna inaczej. Nie znajdziecie tu cudownych plaż, czy nocnych klubów. Ale nie spotkacie także wielu turystów. Koh Sichang nie jest opisane w żadnym przewodniku, na forach internetowych także się jej nie poleca. To zwykłe miasteczko rybackie, w którym toczy się życie bez nachalnych sprzedawców, powoli, w swoim własnym rytmie. Uważam, że dla osób chcących zetknąć się z Tajlandią prawdziwą, a nie plastikowo-turystyczną jest to bardzo dobry wybór. Imprezowiczom stanowczo odradzam. Koh Sichang chętnie odwiedzane jest przez Tajów, którzy spędzają tu weekendy. Obcokrajowców naliczyliśmy 15, wliczając nas i kilku Koreańczyków prowadzących lokalną restaurację. 

Gdzie nocować

Charlies BungalowsNie ma potrzeby rezerwowania czegoś z góry. Wiele guesthausów i bungalowów stoi pustych, ceny są bardzo przystępne. My nocowaliśmy w Charlie’s Bungalows, jakieś 10 minut na nogach od promu. Niewielki ogródeczek, możliwość wypożyczenia skuterów. Bardzo czysto, przestronnie, na wyposażeniu lodówka, czajnik, kawa, herbata, codziennie zmieniana pościel i ręczniki (wg mnie niepotrzebnie) i donoszona woda butelkowana. Takiej obsługi nie mieliśmy w żadnym hotelu w Tajlandii. Jak na takie plecakowe obdartusy czuliśmy, że niepotrzebnie tak koło nas skaczą. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do innych miejsc płaciliśmy na końcu pobytu. Nikt też nie kserował naszych paszportów, a skuter wypożyczyliśmy na dwa dni bez kaucji. Czytaliśmy sporo o bandyckich zwyczajach niektórych właścicieli wypożyczalni, którzy kradli wypożyczne turystom skutery, albo przy oddawaniu skutera wmawiali, że rysa jest winą użytkownika i żądali dodatkowej zapłaty. To już tak jest, że im większe miasto, tym więcej oszustów (i kraj nie ma tu nic do rzeczy). W Charlie’s Bungalows byliśmy traktowani jak przyjaciele. Pani, która u nas sprzątała w pierwszy wieczór przyniosła mi w prezencie spiralne kadzidełka ot, tak. Na drugim brzegu wyspy widzieliśmy hotele, które na pierwszy rzut oka wyglądały na drogie. Tak więc pomimo niewielkiej powierzchni znajdziecie tu różny standard w zależności od potrzeb. 

Atrakcje wyspy

Polecam wypożyczyć skuter i objechać całą wysepkę. Ruch jest znikomy, samochodów tylko kilka, jedynie lokalsi jeżdżą na skuterach, ale bez szaleństw. Uważać trzeba jedynie na dzikie świnie, które chodzą ulicami jak im się podoba – oto filmowy dowód! 

Złoty Budda Koh SichangNad wyspą góruje posąg żółtego Buddy, zauważycie go już na promie. Mnisi mają tu małe stoisko z amuletami, kadzidełkami. Z daleka wygląda ciekawiej, niż z bliska, a podjechać warto. Kilka świątyń rozsianych jest na całej wyspie, a najciekawsze znajdują się w wykutych skałach. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy do jednej z nich. Na zewnątrz wisiały świeżo uprane szaty mnisie, a z domu dochodziły odgłosy krzątaniny mieszkańców. Cały teren zarastała egzotyczna roślinność. Tabliczki sugerowały zachowanie ciszy, chodziliśmy więc na paluszkach nie chcąc przeszkadzać medytującym mnichom. Dotarliśmy do punktu widokowego, a w drodze powrotnej skorzystaliśmy z darmowej wody wystawionej dla wędrowców. 

Najbardziej kolorowym miejscem jest chińska świątynia Saan Chao Pho Khao Yai, do której prowadzą schody oraz… wagoniki. Takie jak w wesołym miasteczku. Co się zobaczyło, tego się nie odwidzi, niestety. Plastik, złocony plastk i jeszcze więcej plastiku. Jednym słowem kicz. 

Na spokojny spacer polecam molo i ruiny letniego pałacu Ramy V. Pałac zbudowany z drewna tekowego w roku 1893, siedem lat później został przeniesiony do Bangkoku. Wspinając się ku górze ruin dotrzecie do świątyni przypominającej swoją budową renesansową wieżę. 

Odcisk stopy Buddy

Gdyby komuś zależało na odcisku stopy Buddy nic prostszego. Rzućcie okiem na mapkę wysypy (na końcu), a znajdziecie naniesiony na niej właściwy punkt. Stopa jest oblepiona złotkiem (za drobną opłatą można pobrać złote karteczki i przykleić własne). 

To, co niewidoczne z głównej drogi, nie nasiesione na żadną mapkę, nie opisane w przewodnikach, to

Centrum Rozwoju Duchowego Tham Yai Phrik Vipassana Monastery

To tutaj można się zatrzymać na dzień, dwa, tydzień, miesiąc, rok… Nie trzeba martwić się o pieniądze, o jedzenie. Dach nad głową oferują mnisi, podobnie dostęp do kuchni za świeżym powietrzu. Na terenie Centrum Duchowego rozstawione są lodówki ze strawą i napitkiem. Chcieliśmy zwiedzić ten teren i już na progu spotkaliśmy Kawinradę, która zaoferowała nam swoje towarzystwo. Kawinrada była nauczycielką angielskiego w Europie. Na co dzień mieszka w Si Racha (czyli na lądzie, w odległości 30 minut promem), ale wyspę odwiedza systematycznie. Lubi się tam zaszyć, medytować, oddychać spokojnym rytmem. Zachęcała nas do zostania w Centrum kilka dni, wielokrotnie powtarzała, że możemy nocować zupełnie za darmo. Jesteśmy z nią cały czas w kontakcie i mam nadzieję wrócić kiedyś na Koh Sichang, żeby po prostu BYĆ. 

Jak spędzić wakacje na wyspie Koh Sichang zupełnie za darmo

Największą trudnością będzie dostać się do Tajlandii. Najbliższe lotniska międzynarodowe znajdują się w Bangkoku i Pattaya. Stamtąd busem do Si Racha (prowincja Chonburi), wysiąść koło domu towarowego Robinson, przejść 2 km do portu i przepłynąć 30 minut promem na wyspę. To z trudniejszych wyzwań. Co dalej? Zastukać do drzwi Centrum Rozwoju Duchowego Tham Yai Phrik Vipassana Monastery i ulokować się we wskazanym domku. Panie i panowie sypiają w osobnych częściach terenu należącego do Centrum Duchowego. Wypadałoby jednak wcześniej napisać maila i uprzedzić o swoich planach, ale tak z ulicy też powinni Was przyjąć.

medytacja Koh Sichang

Jeśli zdecydujecie się na darmowy pobyt musicie spełnić  kilka warunków:

  • uczestnictwo w porannej i wieczornej modlitwie (medytacji)
  • zakaz wychodzenia poza teren (jedynie w nagłych wypadkach za zgodą głównego mnicha)

Pobudka 3:30, godzinna modlitwa poranna 4:45, wieczorna zaś 18:45. Można korzystać z kuchni i zawartości lodówek. Wspólny posiłek z mnichami raz dziennie (mnisi jedzą tylko 1 raz w ciągu doby). Obejrzyjcie filmik, na którym opowiadam więcej o życiu mnichów i filmuję celę służącą do medytacji. Nie bójcie się, domki dla gości choć ascetyczne, to całkiem przyjemne. Ta cela służy do modlitwy tylko dla chętnych, zaprawionych w boju praktykujących. 

Proste? Zależy czego się szuka. Jeśli relaksu i drinków pod palemką, to oferta darmowego noclegu w tym wypadku się nie sprawdzi, niestety. Tak już jest, że w życiu nic nie jest za darmo. Cena, jaką trzeba zapłacić za możliwość darmowego pobytu w ośrodku to dwie godziny sam na sam ze sobą, wejście w stan medytacji, dotarcie do siebie prawdziwego, a nie zdławionego przez pęd do sukcesu. Smartonów nikt Wam nie zabierze. Będziecie mogli mieć wgląd w social media, oglądać seriale na Netflixie, czytać kryminały. Albo wykorzystacie ten czas bardziej pożytecznie. To Wasze życie.

Niepisaną zasadą jest dana paramita, co dosłownie znaczy: jałmużna, dar, szczodrość. W podziękowaniu za użyczenie miejsca mile widziany jest datek, który wrzuca się do skrzyneczki w kuchni. Nie ma żadnej z góry narzuconej stawki. 


Jest tyle pięknych miejsc na ziemi, które chciałabym zobaczyć, że mało prawdopodobny jest mój powrót na wyspę Koh Sichang. Jeśli ktoś z Was tam dotrze dajcie znać. Gdybyście szukali bezpośredniego kontaktu z Kawinradą z Centrum Duchowego służę pomocą. Odezwijcie się mailowo lub na messengerze. 

mapa Kph Sichang