Żeby podróżować trzeba mieć kasę

Codziennik

Jestem niewolnikiem. Żeby podróżować muszę mieć kasę. Żeby mieć kasę muszę pracować. Naprawdę nie wiem jak to robią zawodowi podróżnicy-backapackerzy, blogerzy, freelancerzy, że łączą pasję z pieniędzmi. Serio.

Szczerze wątpię w szczerość ich relacji (przynajmniej części z nich), choć nie w szczere intencje. Zdumiewją mnie ci, którzy wyjeżdżają na pół roku nie martwiąc się czynszem, ubezpieczeniem samochodu i innymi przyziemnymi sprawami. Jednocześnie podziwiam wolne ptaki, które z podróży nie robią biznesu, ale czerpią z życia pełnymi garściami. Nazwiska tych pierwszych przemilczę. Ci drudzy to na przykład Krzysztof Chmielewski Podróżnik (jego historia jest tragiczna niestety, kartele narkotykowe mają się dobrze nie tylko w serialach), czy Maria Garus i jej solo wyprawa rowerowa przez Amerykę.

Nie mam zawodu, który pozwoliłby mi pracować zdalnie. Zresztą, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Całkiem niedawno krążyły w sieci artykuły, których wielkie nagłówki krzyczały:

“Rzucił pracę w korporacji i zamieszkał na Seszelach”

Ilekroć jestem na wakacjach mam pokusę sprzedać wszystko i przenieść się do tego uroczego zakątka, w którym przebywam. Kiedy wraca mi zdrowe myślenie wiem, że wakacyjny nastrój, relaks, luz, zarezerwowany jest na tego typu wypady. Przecież mieszkając w Grecji nie spędzałabym życia wyłącznie na piciu wina i zajadaniu oliwek. Z pustego nikt nie naleje. 

Żeby podróżować trzeba mieć kasę

Świat jest urządzony tak, że już od małego wtłaczają nas w sztywne ramy. Musimy pasować do wzorca. Indywidualność w szkolnej ławie nie jest mile widziana. Niewielu nie daje się stłamsić i wybija.  Większość niestety traci energię i napęd zasilając ludzkie mrowisko.  

Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że w liceum byłam w stanie permanentnej depresji. Już w niedzielny poranek dopadał mnie strach, skurcz żołądka, byłam w czarnej dupie. Świadomość, że w poniedziałkowy poranek trzeba będzie pójść do szkoły uruchamiała we mnie odruch obronny. Nienawidziłam szkoły, nienawidziłam nauczycieli (z wzajemnością) i do dziś nie wiem jak to się stało, że w moim dorosłym (bardziej świadomym) życiu to właśnie nauczyciele w znakomitej większości stanowią lwią cześć moich znajomych i rodziny. Niech się jakiś psycholog wypowie. Ja na psychologię nie zdawałam, bo mój ówczesny narzeczony postawił warunek: albo on, albo studia. Dobra, kłamię. No, przeinaczam. Wcale nie o psychologię poszło, ale o aktorstwo. Cofając się jeszcze ciut – o radio. Jeszcze w liceum miałam możliwość pracy w lokalnym radiu. No, ale nie wyszło. Miłość była silniejsza. Przynajmniej do czasu. Bo prawdziwa miłość nie ogranicza. Zadowalanie innych wbrew sobie, owszem, działa. Krótko.  

No pomyśl przez moment. Jesteś sobą, czy tylko tak gadasz? Budzik każdego ranka wzywa Cię do stawienia czoła światu, pojawienia się w biurze lub przy taśmie produkcyjnej, może na kasie w Biedronce. Jeśli zakładasz białą koszulę i udajesz super hiper specjalistę od cholera wie czego, a DUSISZ SIĘ  pod tym kołnierzykiem, to unieszczęśliwiasz samego siebie. Musisz znaleźć przynajmniej jakąś odskocznię. Odreagować.

Dać sobie szansę na  b y w a n i e  szczęśliwym

Nie myśl sobie, że jakoś szczególnie różnię od Ciebie. Akurat przyszło mi do głowy, żeby pisać o podróżach, bo kupiłam bilet do Tajlandii, która wydawała mi się jakaś wyjątkowa. Tajlandia, o której piszą, że to jeden z tańszych i względnie łatwych kierunków, na wyciągnięcie ręki, dla każdego. Równie dobrze mogłabym pisać o gotowaniu, czy recenzować książki. Bo ja i gotuję, i czytam. No, ale padło na podróże. Why? Bo tak.

Bo być w podróży, to być szczęśliwym

To złapać pana Boga za nogi. To przez chwilę przestać wymachiwać maczetą, żeby utorować sobie drogę w dżungli życia. Nie zastanawiać się jak wyglądam, czy paznokcie równo pomalowane (a może strzelić sobie jakieś żele, czy inne hybrydy), czy lodówka pełna, ciasto upieczone (bo przecież nie zaserwuję gościom gotowca z cukierni) i takie tam bzdety. Bycie w podróży to wystawienie się na to, co przyniesie los. Na autobus, który ma cię dowieźć na lotnisko, a nie przyjeżdża. Na zrywające się połączenie z internetem, a mapy papierowej njet. Na taksiarza, który nie zgadza się na taksometr, bo chce cię zrobić w bambuko. Na pociąg bez miejscówki, za to z niewidzialnymi robakami w drewnianych oparciach (ubezpieczenie w podróży konieczne). Na zdanie się na samego siebie i łut szczęścia, kiedy wszystko inne zawiedzie.

Jak tego wszystkiego doświadczyć?

Zostać niewolnikiem. Żeby podróżować trzeba mieć kasę. Żeby mieć kasę trzeba pracować. Naprawdę nie wiem jak to robią zawodowi podróżnicy-backapackerzy, blogerzy, freelancerzy, że łączą pasję z pieniędzmi. Serio.