Jestem Syzyfem szarej codzienności

Zdjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

Mam bardzo stresujący czas. Zamiast cieszyć się na wyjazd jestem zaangażowana w milion spraw, których nie mogę odłożyć na później. Napięcie w pracy, bo terminy gonią, klienci czekają, szef wymaga, słowem dzień jak co dzień, tylko w weekend nie odsapnę.

Nie lubię zostawiać otwartych tematów innym. Takie głupie poczucie odpowiedzialności. Głupie, bo nie ma ludzi niezastąpionych i choć na poziomie świadomości WIEM, to jednak czuję inaczej. Chyba odzywa się chorobliwy imperatyw trzymania łapy na wszystkim, sprawowania kontroli, wrażenia, że nad wszystkim panuję. Sama. Ja! Ja najlepiej!

Powinnam powoli układać plan pakowania, ale nie mam do tego głowy. Serio! Czekam aż usiądę w samolocie i wreszcie zasnę snem sprawiedliwego. Teraz gonitwa spraw codziennych, które chyba pączkują. Jestem Syzyfem szarej codzienności. W sumie to dopada mnie jakiś spadek nastroju i zastanawiam się po kiego czorta ten blog, skoro brakuje mi czasu na porządny sen. Cała ta aktywność fb też trochę taka wydumana. Kogo tak naprawdę obchodzi cudzy wypad do Azji? W założeniu chciałam pisać posty, które miałyby dawać ludziom inspirację, ułatwiać zorganizowanie podróży własnym sumptem, a raz na jakiś czas pokusić się o bardziej wartościowy wpis, może lekko reportażowy. Nigdy, przenigdy nie miał to być blog pamiętnikarski. I chyba nie jest, ale reportaży też brak.

Wiem, że jak już odbijemy się od ziemi poszybuje też mój nastrój. A tymczasem…

Jestem Syzyfem szarej codzienności 

Tymczasem sięgam do wpisu na blogu o tym jak spakować plecak. Szczęśliwie zaangażowanie, z jakim tworzyłam listę niezbędnych rzeczy do zabrania procentuje. Teraz dla samej siebie ściągnęłam PDFa i będę odhaczać podczas pakowania. Najgorsze są te wszystkie cholerne elektroniczne niezbędniki, bo jak tu żyć bez ładowarki do telefonu, przejściówki do gniazdka, słuchawek, okularów do czytania, power banków, kabelka do kundelka (tak nazywam swój czytnik ebooków) i co tam jeszcze? Sprawdzę na swojej liście.

Właśnie sobie przypomniałam, że wypadałoby wymienić jakąś walutę. No tak… tego cholera na listę nie wpisałam. Wyrwę się do kantoru między weterynarzem, praniem, zakupami, sprzątaniem, odebraniem zamówionych mebli, odwożeniem zwierzaków do opiekunki, domykaniem spraw zawodowych i skończeniem dwóch (jednego przynajmniej?) wpisów na bloga, które ciągle są kopiami roboczymi.

Wyrwać się z tego kołowrotka w cholerę…