Jazda skuterem w Wietnamie jest nieobliczalna. Jak dzieci stawialiśmy pierwsze kroki ucząc się najpierw przechodzenia przez ulicę, co – wierz mi – nie jest proste. Wyobraź sobie mrowisko i zamiast mrówek wstaw w to miejsce skutery. Wygląda to chaotycznie, ale jakieś zasady panować muszą. Jakie? A bo ja wiem… 

Ludzie przechodzący przez jezdnię są jak kamienie, które z każdej strony opływają dwukołowce. Sygnalizacja świetlna dla przechodniów jest tylko po jednej stronie ulicy. Musisz odwaracać głowę do tyłu, żeby zobaczyć co się świeci. Ale nawet zielone nie czyni cię bezpiecznym. 

Zasada jest jedna: trzeba iść pewnym krokiem, unosząc w górę rękę. Pewny, szybki krok. Nie wolno się zatrzymywać, nie wolno biec. Dlaczego? Ponieważ dla skuterowca jest się  wtedy nieprzewidywalnym. Waldi śmiał się z mojej wyciągniętej w górę ręki. Do czasu, aż spędził 10 minut bezskutecznie próbując przedostać się na drugą stronę. Ręka w górę – krok naprzód. 

Skuterem po Wietnamie

Czy wypożyczyliśmy skutery? A jakże! Wietnam bez jazdy na skuterze nie pozwoliłby nam poznać swojego pełnego oblicza. Nie będę udawać, że poradziłam sobie w Sajgonie (choć w Polsce jeżdżę na chopperze 125 cm). Natomiast w Mui Ne, małej wiosce rybackiej, z duszą na ramieniu, ale wtopiłam się w uliczny ruch. Niemały ruch, bez żadnych zasad. Ulicą potrafi jechać koło siebie kilka skuterów jednocześnie, ktoś wyprzedza z lewej, a z prawej na czołówkę wyjeżdża skuter lub rower. Bo do tego, że w Sajgonie jeździ się po chodnikach już przywykłam. Tu najwidoczniej jazda pod prąd (byle przy krawędzi drogi) jest całkiem normalnym zjawiskiem. 

Migacze nie istnieją.

Wszelkie zmiany w ruchu komunikuje się klaksonem. Pan w wypożyczalni wielce uradowany demonstrował mi jego klank. Szczerze zauroczona korzystałam przy wyprzedzaniu (titit!), skręcaniu (titit!), ostrzeganiu przechodniów (titit!), zjeżdżaniu na pobocze (titit!) i kiedy mnie emocje ponosiły. A ponosiły (czy ja się kiedyś oduczę przeklinać?). 

Wyobraziłam sobie, że dwukrotne titit! znaczy „SPA-DAJ”, podczas gdy trzykrotne tititit! też na „S”, ale trzysylabowo 🙂 

Nie tylko jazda bywa przygodą. Parkowanie to błachostka, ale próba wyprowadzenia skutera z morza innych, które zaparkowały za tobą, wymaga pomyślunku. Możesz się wkurzać, możesz czekać, aż przyjdzie kierowca, albo możesz spróbować radzić sobie sam. Trzecia opcja polega na przestawieniu skuterów, wyprowadzeniu własnego i zaparkowaniu ich z powrotem. Kluczyki nie są potrzebne, wystarczy trochę pary w rękach. Nam tą drobnostkę załatwił Waldi. 

O czym nie możesz zapomnieć wybierając się na przejażdżkę? O kasku. Spokojnie, o to zadba wypożyczalnia. Ty pamiętaj o długim rekawie, bo wiatr we włosach niweluje upał, ale słońce potrafi przypiec raka. Jeśli jesteś mało przewidujący możesz – jak ja – naprędce szukać straganu z koszulami. Podeszłam do pani i pokazuję, że potrzebuję długi rękaw. I proszę, oto on – długi rękaw. A właściwie dwa. Bez koszuli. Całe 40 tysięcy dongów (jedna zupa hehe). Rękawki wyglądają jak podkolanówki z dziurką na kciuk. Zakochałam się w nich! Będę zabierać na każde wakacje. Na AliExpress widziałam takie wynalazki, ale nie wiedziałam do czego służą. 

 

Wietnamki zakrywają tyle ciała, ile się da.

Do balerinek noszą takie rajtuzowe skarpetki, długie rękawy, rękawiczki, kapelusze z osłonką na kark i maseczką. Oczywiście nie wszystkie, chyba tylko te spędzające sporo czasu na słońcu (w mieście noszą się w miarę typowo).

Ile kosztuje wypożyczenie skutera? O to nie pytaj, mało, raczej przygotuj się na „misiów”, bo ci kochają łapać turystów bez wietnamskiego prawa jazdy. W Mui Ne zawsze stoją przed wjazdem na Białe Wydmy, zawsze. Widzieliśmy na własne oczy dzień wcześniej pokonując tą trasę z kierowcą jeep’a (zdecydowałyśmy się na tą opcję właśnie z powodu łapanek). Mało ich interesuje międzynarodowe prawo jazdy (nawet kat. A). Nie masz wietnamskiego – przepadłeś. A zresztą nieważne, bo oberwać możesz za wszystko, na przykład za brudną tablicę rejestracyjną. Teraz trzeba wykazać się dobrą techniką negocjacyjną. Najskuteczniejsza jest taka, że wyciągasz „fałszywy portfel”, w którym ukryłeś wcześniej określoną kwotę. Podobno tutaj 200 tysięcy dongów jest dolną granicą (4 zupy). Więcej nie masz i dziękujemy. Kasują, a ty szczęśliwy jedziesz dalej. 

Jak uniknąć haraczu (bo w tym wypadku to nie jest mandat)? Znawcy twierdzą, żeby jechać w cholerę i ignorować policjanta, który próbuje cię zatrzymać. Trudno mi sobie wyobrazić dalszy ciąg, szczególnie wówczas, gdy policjant ruszy w pościg (podobno im się nie chce). Podobno.

Co ci daje własny środek transportu?

Niezależność. Możesz zostawić za plecami gwarne ulice, wjechać w boczną uliczkę i trafić (jak my) między lokalsów, zobaczyć jak żyją, gdzie mieszkają, a nagrodą będą dzieci machające do ciebie i krzyczące „halooo! Halooo”. Bo widok turysty na głównej ulicy handlowej nikogo nie zdziwi, ale na wiosce i owszem.

Skutery w wypożyczalniach zwykle mają automatyczną skrzynię biegów. Wystarczy zapamiętać gdzie jest 

gaz

hamulec 

i KLAKSON

Bo w jeździe na skuterze w Wietnamie najważniejszy jest klakson 😉 

Zachęcam do obejrzenia filmiku.