Okolice Da Lat zielenią się i zapraszają do swojego świata. Miasto nie jest szczególnie ładnie, ale za to czyste.

Dzień zaczęliśmy od śniadania, choć tym razem nie zupy, którą jada się w Wietnamie o każdej porze dnia, poranków nie wyłączając. Do wyboru cztery wersje: Pho Bo (z wołowiną), Pho Ga (z kurczakiem), Pho Ha (z wieprzowiną), Pho Tom (z krewetkami). Mnie tu smakuje wszystko i wszędzie. Uwielbiam uliczny street food i celowo unikam restauracji, a jeśli już, to koniecznie z plastikowymi krzesłami. Ale nawet w miejscu bez obrusów na stołach, można otrzymać dwustronne menu: w języku wietnamskim i angielskim. Jeszcze jeden drobiazg je różni: wersja cenowa. Anglojęzyczne menu jest zawyżone o około 30-40%. Na ulicy są miliony wózków z pysznym jedzeniem, a przy wielu wystawione są stoliczki i krzesełka, na których wygodnie usadowiłyby się przedszkolaki. Dorosłemu Europejczykowi jest nieszczególnie wygodnie, ale za to jakże ciekawie!

Kilka kilometrów za miastem rozciągają się pierwsze plantacje kawy. Dojrzewające owoce wyglądają jak jagody, po zerwaniu suszone są na płachtach rozłożonych na ziemi i dopiero potem palone. Na filmie opowiadam o odmianie kawy LUWAK, z którą wiele wspólnego ma pewien zwierzaczek i jego odchody.

Farmy świerszczy są bardzo popularne i dochodowe. W jednej z nich mieliśmy okazję spróbować uprażonych owadów, a wcześniej zobaczyć w jakich warunkach żyją. Nawet dostrzegłam, że mieli gościa – okazałego karalucha. Świerszcze są źródłem białka, więc coraz częściej przerabia się je na batony proteinowe lub mączkę. Ewentualnie zagryza jak chipsy przy piwie. UWAGA! Na filmie mówię o uprawie świerszczy mając oczywiście na myśli hodowlę. Przejęzyczenie 😉

Za niewielką opłatą można nakarmić krokodyle. Ponieważ całymi dniami wygrzewają się na słońcu personel najpierw musi je obudzić i nie jest to bynajmniej czuły całus z policzek. Bardziej jednak należałoby żałować świnek morskich, które wtulone w siebie w kącie klatki czekają na moment, w którym krokodyl poczuje głód…

Strusie! Nie wiem kto był bardziej przerażony – one, czy ja. Właściwie nie spodziewałam się na farmie świerszczy ani krokodyli, ani strusiów, więc niewiele wiem o sposobie wykorzystywania ich w Wietnamie. Poza tym, że tutaj na strusiu można się przejechać jak na kucyku. Chyba nie muszę dodawać, że przyjemność raczej wątpliwa.

Jedwabniki mają cholernie ciężkie życie, szczególnie od momentu, w którym lądują we wrzącym roztworze wody i soli na 10 godzin. Jak wygląda produkcja jedwabiu opowiadam na filmie. Myślę, że żaden szanujący się wegetarianin jedwabiu nie nosi.

Na poprawę nastroju Szczęśliwy Budda z Linh An Tu Pagoda. Właśnie tak przeciętny zjadacz chleba wyobraża sobie Buddę – jako uśmiechniętego grubaska. O ile sam posąg jest „plastikową” atrakcją, tak medytujący mnisi są prawdziwi. Wtopili się w wystrój świątyni, plecami do Strażników Dharmy (przodem do nielicznych zwiedzających) w stanie absolutnie nieporuszonym – samadhi.

No i szalona końcówka dnia, czyli wariacki wjazd jeep’ami na górę Langbiang. Poza pięknym widokiem na szczycie znajduje się też posąg upamiętniający tragicznie zmarłych kochanków, których imiona brzmiały Lang i Biang. Krążą dwie wersje legendy, a o obu wspominam krótko pod koniec filmu.

Jutro pakujemy plecaki i zjeżdżamy na głębokie południe do Delty Mekongu. Oczywiście „sleeperem”, bo 11 godzin podróży potrafi zmęczyć.