Będąc na południu Wietnamu punktem obowiązkowym powinna być Delta Mekongu. Z Sajgonu do „stolicy delty” Can Tho można dojechać w 4 godziny. Miasto jest całkiem spore, gwarne, ale nieszczególnie urokliwe, za to pozwala dopłynąć na największy w okolicy targ na wodzie. Wycieczkę najczęściej (i najtaniej) można kupić bezpośrednio w porcie. Delta jest ogromna, dlatego zatrzymanie się na obrzeżach miasta lub przetransportowanie na wieś dostarczy jeszcze innych doznań (o tym za chwilę).

Zorganizowana wycieczka

Gdyby ktoś wolał skorzystać ze zorganizowanej wycieczki z Ho Chi Minh wybiera opcję jedno lub kilkudniową.

1) W przypadku tej pierwszej wyjeżdża się bladym świtem i dociera do My Tho – pierwszego miasteczka delty i realizuje program. Samego pływania kanałami tyle co kot napłakał. Niektóre biura oferują nieco bardziej oddalone Ban Tre, dzięki czemu chmary turystów zostawia się lekko w tyle, ale też więcej czasu spędza w autokarze.

2) Opcje dwu i trzydniowe są ciekawszym rozwiązaniem. Pozwalają więcej zobaczyć, popływać. Trzeba zwrócić uwagę jakiego rodzaju nocleg jest uwzględniony: w hotelu, czy na homestay’u (pokój w domu rodziny wietnamskiej). Wyboru najlepiej dokonać w oparciu o własne potrzeby. Na temat warunków życia w południowym Wietnamie i na homestay’u już pisałam, zachęcam do poszperania.

Na własną rękę 

Osobiście rekomenduję wariant w stylu ZRÓB TO SAM. Dojeżdżamy autobusem gdzie nam się zachce i zaszywamy na wsi kilka dni żyjąc jej rytmem. Nasz wybór padł na wysepkę An Binh. Należało dojechać do miasta Vinh Long, następnie przepłynąć promem (5 minut). Homestay zarezerwowałam przez booking. Zdecydowałam się na bambusowy domek w połowie zanurzony w wodzie, ze wspólną łazienką, brakiem klimatyzacji, gekonami biegającymi wszędzie i po wszystkim. Nakrycie się moskitierą, przez którą dochodził podmuch wiatraka chroniło nas nie tylko przed komarami, ale i innymi żyjątkami mieszkającymi w bambusowych ścianach. Wczoraj odwiedziła nas mysz i pewnie nie tylko ona, choć ją jedną wyłapał nasz wzrok. Szpary w podłodze zapewniały pokojową koegzystencję ze wszystkimi istotami czującymi 🙂

Pisałam, że sercem domu jest kuchnia. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że sercem tego miejsca są LUDZIE, z którymi żyliśmy kilka dni. Zaprosili nas do swojego domu dzieląc się wszystkim, co mają. Na wsi nie było sklepu, czy choćby targu, byliśmy zdani na kuchnię gospodyni i powiem wam, że nasza kochana Thuan (czyt. Łan) przeszła samą siebie. Za kolacje co prawda płaciliśmy (ale śmieszne pieniądze), ale nestorka rodziny dokarmiała nas w międzyczasie orzeszkami, owockami i mleczkiem kokosowym. Tak po prostu, z serca. Homestay nazywa się NGOC SANG i gorąco polecam wyszukać go sobie przy pobycie na wysepce An Binh koło Vinh Long (od promu 1 km).

Gdyby komuś takie warunki nie odpowiadały, zaraz obok widziałam bungalowy z łazienkami i klimatyzacją. O ile dobrze pamiętam nazywało się Mekong Bungalow. Na pewno jest wygodne i piękne, ale pozbawione uroku obcowania z rodziną.

Spędzanie czasu na wsi 

W naszym homestay’u wypożyczyliśmy skutery, rowery były darmowe, dobrze wyposażona lodówka z napojami, pyszna wietnamska kawa za połowę tej ceny, którą trzeba zapłacić w Sajgonie. Popływaliśmy też kanałami delty trafiając na niewielki wodny targ, zwiedziliśmy kilka „obowiązkowych” miejsc: farma pszczół, fabryka cukierków kokosowych, wytwórnia wina ryżowego. Panuje tu niepisana zasada, że turystę należy w te miejsca przywieźć, ale też turysty nikt nie nagabuje i nie wywiera presji na zakup.

No i rezultat jest taki, że wiozę w plecaku 10 paczek cukierków kokosowych 🙂 Lepszych w życiu nie jadłam!

Komu marzy się hotel z basenem na dachu niech unika Delty Mekongu. Tutaj jest tropikalna aura, duchota nie pozwala na swobodny oddech, atrakcji w postaci dyskotek i drink barów brak (może w Can Tho, nie wiem). Tutaj czas ma zupełnie inny wymiar, a największym przyjacielem jest hamak w zacienionym zakątku werandy.

Bye, bye…

Opuszczamy Deltę Mekongu. Z lekkim żalem, bo zaprzyjaźniliśmy się z rodziną, u której mieszkaliśmy. Wyściskaliśmy naszą kochaną Thuan, uronili łezkę żałując, że nie było w domu nestorki rodziny. Zostawiliśmy polskie krówki i drobne upominki, które targaliśmy w plecaku z myślą o TYCH ludziach, choć wcześniej ich nie znaliśmy.

W drodze na prom przybiegła do nas nasza kochana babcia! Była u sąsiadów i jak tyko zobaczyła, że znikamy z plecakami dopadła nas, wyściskała i dziękowała po wietnamsku.

Będzie mi ich brakowało.