Poranek wdzierał się przez cienkie żaluzje do pokoju, w którym spała. Choć głowa jeszcze leżała na poduszce, to myśli zaczęły poruszać się jak źdźbła trawy unoszące się ku kroplom deszczu w upalny dzień. Wtuliła się w poduszkę pragnąc przedłużyć tę chwilę choćby przez kilka minut. Każda sekunda wyrwana szarej rzeczywistości była zwycięstwem. Przeciągnęła się leniwie udając, że ptasi świergot wydobywający się z komórki leżącej na nocnym stoliku to śpiew ptaków za oknem, a nie budzik. Czasem trudno było jej odróżnić od siebie te dźwięki, zlewały się w jeden głos przenikając do świata sennych marzeń.

Nie chciała dotykać stopą zimnej podłogi. To, co ją dziś czekało nie różniło się od dni minionych. Co gorsza przyszłość także jawiła się mizernie. Kolejne zmagania ze sprawami oczywistymi, praca – dom, praca – dom i tak w kółko. A to wszystko, co buzuje jej w duszy – jeśli dusza istnieje – co z tym?! Wzmagający żal niczym dłonie splecione wokół szyi trzymał ją w swoim uścisku. Czasem udawało się jej zelżyć go nieco i zaczerpnąć tchu, ale tylko czasem. Stanowczo zbyt krótko, żeby pozostać silną i niewzruszoną na ataki z zewnątrz.

Sięgnęła pod łóżko i wymacała jedną ze swoich masek. Nie ma sensu pokazywać otoczeniu prawdziwej twarzy, nikt sobie tego nie życzy. Grunt, to uśmiechać się, przytakiwać i w odpowiednio szybkim tempie wznosić piramidę. Nikt nie musi wiedzieć, że ona tylko nosi kamienie. Niech budują świątynie ociekające rosnącymi potrzebami dobrobytu. Fakt, że i ją dosięgnie czasem odprysk nie czyni jej jeszcze bezmyślnym konsumentem łaknącym kolejnych świecidełek.

Woda z kranu pociekła małym strumieniem łącząc się z resztkami pasty do zębów. Zaparowane lustro przetarła dłonią i spojrzała na swoje odbicie. Nie założyła jeszcze maski, mogła więc pozwolić sobie na chwilę szczerości. W swoich oczach dostrzegła resztkę nadziei, że jeszcze zdoła uwolnić się od przekonań wpajanych jej od dzieciństwa. Każdego dnia toczyła walkę, którą przegrywała. Schemat, w jaki wtłoczyła ją archetypiczna rola kobiety smagał batem po plecach powodując, że uginała się coraz bardziej pod ciężarem bólu, jaki wywoływał. Ten mały przebłysk w źrenicach dostarczy jej siły by przetrwać dzień.   

W windzie spotkała sąsiada z 6. piętra. Zdawkowe „dzień dobry” i kilka nic nieznaczących grzeczności zdeptały ciszę w drodze na parter. Nie wiedziała dlaczego tak bardzo nienawidzi tego człowieka. Dlaczego pogardza większą częścią tych, z którymi ramię w ramię staje na jałowiej ziemi wyzutej ze współczucia i radości istnienia. „Wszyscy cierpią” – kołatało jej się po głowie. Nie musiała dokładać swojego nieszczęścia do pieca, w którym buzowało od smutku. Nie była nikim ważnym dla tego świata, dlaczego więc świat miałby się liczyć z nią? Dobrze, że nie zdecydowała się na dziecko. Dla kobiet naturalnym jest wydanie na świat potomstwa, ale ona nie chciała być matką. Koleżanki śmiały się z niej.

– Instynkt dopadnie i ciebie, zobaczysz. Ani się obejrzysz, jak zakopiesz się w pieluchach.

Myliły się. I wcale nie chodziło o to, że w celach prokreacyjnych przydałoby się męskie wsparcie. To była jej suwerenna decyzja i nikomu nic do tego. Może bała się, że skoro nienawidzi wszystkich wokół nie zdoła wykrzesać uczucia dla dziecka. A może tylko wygodniej było jej tak myśleć. Nie miała sił na motywowanie do życia siebie samej, po co więc skazywać na ból istnienia kolejnego człowieka? W jej mniemaniu nazywało się to postawą dojrzałą i świadomą. Nie bezrefleksyjną, bo przemyśleń jej nie brakowało, a to, co się z nich rodziło nie było przeznaczone wszystkim.

Wjechała na ekspresówkę. Z lewej i prawej, wzdłuż drogi ciągnęły się zielone lasy, pachniało żywicą. Przynajmniej tak się jej wydawało, niewykluczone jednak, że to sosnowa choineczka wisząca na ramie wstecznego lusterka imitowała rzeczywistość. Zauważyła maleńki okruch na siedzeniu pasażera. Nachyliła się lekko chcąc go strzepnąć na ziemię. Nie odrywała wzroku od obrazów przesuwających się przed oczami, niemniej świadomość, że ten głupi paproch leży w miejscu, w którym nie powinno go być nie dawała jej spokoju. Na sekundę spuściła wzrok chcąc sprawdzić, czy udało się jej go pozbyć i z ulgą zarejestrowała, że zniknął. Głęboki wdech, rockowe dźwięki płynące z radia, zielone pasmo lasu, cień uśmiechu – małe zwycięstwo. Obiecała sobie, że po pracy pojedzie na stację odkurzyć samochód. Małe promienie słońca przebijały się przez obłoki rozświetlając poranek. Poczuła w sobie spokój.

Spojrzała w lusterko i uśmiechnęła się do siebie. „Jesteś piękna” – pomyślała. Istotnie, była piękna, choć nie w typowy dla 30-latek sposób. Czuła czasem na sobie wzrok mężczyzn i sprawiało jej to przyjemność pod warunkiem, że wrażenie wywarte na nich nie miało podtestów seksualnych. Zawsze dbała, by nawet ramiączko biustonosza nie wychynęło spod bluzki. Bujny biust i szerokie biodra wystarczyły, by rozbudzić męską wyobraźnię, ale nie miała na to wpływu. Pierwotny instynkt pchał ich między jej uda. Czytała, że z racji przystosowania ewolucyjnego kobiety o szerokich biodrach od zawsze łatwiej rodziły dzieci. To z kolei wpływało na ich zachowania seksualne. Panie z szerokimi biodrami podobno miały większą ochotę na seks i łatwiej godziły się na przypadkowe relacje intymne. Najwidoczniej te cechy pozwoliły mężczyznom podświadomie traktować ją jak narzędzie służące przedłużeniu genów.

Wielka strata, psikus losu. Oto ta, której cechy fizyczne warunkują ją do wydawania na świat zdrowych i silnych potomków, stanowczo odmawia. To odrzucanie Boskiego daru, jakim jest macierzyństwo! Naigrywanie się z męskiej potęgi twórców dzieła ludzkiego. Ta kobieta drwi sobie z natury!

Skręciła i lekkim łukiem zawinęła się w kierunku na Warszawę. Wyjeżdżając zza zasłony zielonego pasma oddzielającego dwustronny ruch dosłownie w ułamku sekundy zarejestrowała jakiś kształt leżący na drodze. Obok stał samochód z otwartymi drzwiami, a kilka metrów dalej poruszała się drobna sylwetka kobiety rozmawiającej przez telefon. Zwolniła, na szczęście nikt za nią nie jechał. Wysiadła z auta.         

Na zimnym asfalcie leżała sarna, albo łania. Zamglone oczy patrzyły spod przymkniętych powiek. Wbiły w nią wzrok wwiercając się w czaszkę. Tylko noga zwierzęcia lekko drżała, jakby próbowało się podnieść chcąc uciec do lasu, ale nie było w stanie. Z każdy ruchem głowa przesuwała się o kilka milimetrów wciskając ciało w barierkę. Wiedziała, że zwierzę kona. Czas się zatrzymał. Dźwięki przestały dolatywać jej uszu. Świat poruszał się jak film na zwolnionych obrotach. Klatka po klatce noga zwierzęcia prostowała się i podkurczała, głowa drgała w rytmie nadawanym przez kończynę. Gdyby podeszła bliżej usłyszałaby chrapliwy oddech i wolę życia łaknącą kolejnej porcji tlenu. Tymczasem energia sarny zaczęła słabnąć. Ciałem poruszały drgawki, oczy zasłaniało bielmo, a ból zwierzęcia wgryzał się boleśnie w jej gardło. Poczuła jak zaciska się na szyi, mimowolnie zaczęła łkać. Najpierw bezgłośnie, chowając do środka tłumione dźwięki, ale w końcu musiała zaczerpnąć powietrza i wtedy zawyła tak, jak zawyć powinno to umierające zwierzę, ale nie miało sił. Agonia, której świadkiem się stała, spowiła ją całą, zamknęła w uścisku. Nie mogła się ruszyć. Stała oparta o drzwi kierowcy trzymając się kurczowo zimnej blachy tak, jak zwierzę trzymało się resztek życia. W tej chwili byli jednością. Ich dusze zlały się w jedno cierpienie. Słyszała zawodzenie, coraz wyraźniej skowyt przenikał jej mózg. Wydawało się jej, że za chwilę eksploduje rozpryskując się na zimny asfalt.

Poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię. Szarpnięcie. Jedno, drugie. „Niech to zwierzę przestanie tak wyć” – pomyślała. Dźwięki zaczęły przebijać się do niej coraz silniej. Czuła jakby miała głowę pod wodą i tylko ten skowyt zdawał się wyraźniejszy, niż wszystko inne. Odwróciła lekko głowę i spojrzała na kobietę trzymającą telefon w opuszczonej ręce, wpatrującą się w nią z przerażeniem. Zaczęła wynurzać się z otchłani, w jaką popadła. Coraz wyraźniej postrzegała otoczenie. Zauważyła, że skowyt umilkł. Pomyślała, że zwierzę już nie żyje, tymczasem nogą sarny nadal poruszały drgawki, choć już nieco wolniejsze. Śmierć podchodziła coraz bliżej.

– Wszystko w porządku? Nic pani nie jest?

Pytanie wydało się jej dziwne. Na moment zapomniała gdzie jest i dlaczego. Wypadek. Ta kobieta potrąciła zwierzę i pyta, czy nic jej nie jest.

– Wszystko dobrze. Dziękuję.

– Krzyczała pani, przestraszyłam się, że to jakiś atak. Może wezwać pogotowie?

– Nic mi nie jest. Muszę jechać.

Drżącymi rękami przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zawył głośniej, niż zwykle, ale i tak ciszej, niż skowyt, jaki wydobywał się z jej gardła jeszcze kilka minut temu. Odjechała stamtąd nie próbując myśleć. Nie wiedziała, czego doświadczyła i dlaczego tak bardzo to nią wstrząsnęło. To znaczy miała świadomość, że ktoś potrącił sarnę i ta umiera teraz na drodze, ale nie rozumiała co sprawiło, że zatrzymała się i straciła kontakt z rzeczywistością. To zwierzę chciało jej coś powiedzieć. Czuła, że wiadomość była przeznaczona dla niej, nie umiała jej jednak odczytać. Kto i dlaczego wybrał sobie taki sposób, żeby bez użycia słów próbować przekazać jej… coś. CO?! Musiała się otrząsnąć. Zapomnieć. Za chwilę przyjadą służby, uśpią zdychającą sarnę i uprzątną drogę. Jakby nic się nie stało.

Wjechała na parking przy szpitalu i zaparkowała koło szlabanu. Wyjęła z bagażnika szpilki wrzucając jednocześnie do środka trampki. Zabrała laptopa i skierowała się w stronę budynku oznaczonego literą A. Wjechała windą na piętro i w momencie, w którym rozsunęły się automatyczne drzwi ukazując wnętrze z rzędami biurek, kakofonią dzwoniących telefonów, szmerem drukarek, przypomniała sobie, że nie ubrała maski. Zostawiła ją w bagażniku razem z trampkami.

Koledzy spojrzeli na nią rzucając mimochodem „cześć”. Wiedziała, że już za późno, by zawrócić. Za późno, żeby się ukryć. Musi pokazać prawdziwą twarz. Ujawnić, kim jest.

Czy zrozumieją?