Za oknem plucha. Słyszę jak krople uderzają o szyby. Dopiero co umyłam okna, cholera. Zatapiam się w lekturę. Kolejny reportaż Wojciecha Tochmana nie przyczynia się do poprawy mojego nastroju. Ludzkie nieszczęścia, bieda, ludobójstwa, nie nastrajają pozytywnie. Gorzej. Ciążą jak ogromny wyrzut sumienia.

Rok temu wróciłam z Kambodży. W pamięci mam tysiące twarzy. Twarzy uśmiechniętych. W mojej głowie i na karcie SD kłębią się piękne widoki, świątynie, buddyjscy mnisi. Mam poczucie, że zobaczyłam kraj oczami podróżnika, a nie turysty najszczęśliwszego w lokalu z klimatyzacją i butelką schłodzonego piwa w ręku. Przecież pojechałam tam bez biura podróży, spędziłam wiele godzin w pociągu trzeciej klasy z Bangkoku do granicy z Kambodżą. Potem kilka kolejnych łączonym transportem do Siem Reap. Oddawałam uśmiechy, otwierałam serce. Bawiłam się z córką właściciela hostelu i dziećmi w pływającej wiosce. Jadłam na ulicy, a nawet trafiłam do nieturystycznej garkuchni, w której stołowali się wyłącznie lokalsi. Zaprzyjaźniłam z kierowcą tuk tuka, a do dziś pozostaję w kontakcie z innym, choć historia naszego poznania była nieco kłopotliwa.

“Pianie kogutów, płacz psów”

Trzymam w rękach „Pianie kogutów, płacz psów” Wojciecha Tochmana i przepustkę do świata, który niedawno opuściłam. Czego się spodziewam? Znam książki Tochmana i wiem, że pokaże mi coś więcej, niż fasadę, za którą ukrywa się prawdziwa twarz Kambodży. Dlatego trochę się boję. Im więcej czytam, tym większy wstyd odczuwam. Wszystko, co wiedziałam o Kambodży przed wyjazdem okazuje się w rezultacie niczym. Wiem, kim był Pol Pot, Czerwoni Khmerzy, Demokratyczna Kampucza. Wiem o ludobójstwie 1975-79, podczas której wymordowano prawie jedną czwartą 7-milionowej ludności. I co? I dałam się zwieść khmerskim uśmiechom.  Uśmiechom, które są bronią tamtejszych mieszkańców. Oni ukrywają w ten sposób swoje emocje. Tą tajemnicę wyjaśnia Tochman w „Pianiu kogutów(…)”.

Bieda w tle

Dzisiaj wiem, że moje zdjęcia, plan zwiedzania i refleksje z tym związane nie są relacjami z podróży. One pokazują MNIE w podróży. Siebie stawiam na pierwszym planie. Nie kosztem innych, bo nie zwykłam pozować na tle biedy i płacić dzieciom za wspólne zdjęcia. Ja się z tymi dziećmi zwyczajnie bawię, z 6-letnią córką właściciela restauracyjki dzielę jajecznicą, choć wiem, że niczego jej nie brakuje. Ma tylko taką zachciankę, a przy mnie czuje się swobodnie, bo już nieraz grałyśmy w piłkę i obierałyśmy owoce zerwane z drzewa w jej ogórku. Niestety nie mam wystarczająco dużo czasu, żeby przebić się przez uśmiech Khmerów. Rozmawiam z nimi, ale raczej ograniczam do tego, co sami mówią. Nie czuję śmiałości, żeby wchodzić głębiej w te rozmowy, wtrącać się w cudze życie. Ale jeden z nich sam opowiada o tym, że jest półsierotą. Matka zginęła z rąk Czerwonych Khmerów, rodzeństwa nie ma. Mieszka z wujem, bo ojcu udało się wyjechać na Tajwan. Chhun Bunchhean jest kierowcą tuk tuka. Wozi turystów po Siem Reap, najczęściej do świątyń Angkor Wat. Dzięki wujowi, który jest nauczycielem,  zna angielski na tyle, żeby w miarę swobodnie się komunikować.  Ale pracować na etacie nie zamierza. Ktoś załatwił mu pracę, prosił, żeby przynajmniej spróbował. Spróbował. Okazało się, że musi przychodzić punktualnie, ma wyznaczony czas na przerwę, nie wolno mu używać komórki. Taka praca nie jest dla niego.

Zwiedzamy prowincję

Zawozi nas na wieś, chcemy zobaczyć jak żyją ludzie  poza ścisłym centrum, w którym turysta depcze po piętach kolejnemu turyście. Tuk tuk wydaje niepokojące dźwięki, możliwe, że utkniemy za miastem. Docieramy do kilku warsztatów licząc na ekspresową naprawę, ale pojawiają się problemy. Albo nie mają odpowiednich narzędzi, albo części. A może nie są w stanie zidentyfikować usterki, tego nie wiem. Wreszcie docieramy do miejsca, w którym ktoś jako tako łata tuk tuka. Na hamaku kołysze się sporych rozmiarów Khmer.  Bardziej kojarzy mi się z wujem Samem z amerykańskich westernów. Uśmiecha się do nas (jakżeby inaczej) i każe podać mi  krzesło (naprawa tuk tuka trochę zajmie). Wydaje się zadowolony, że jestem żywo zainteresowana rozmową z nim, ale też daje upust rozgoryczeniu. „Wy, Europejczycy” – mówi – „możecie sobie jeździć po świecie. Możecie oglądać mój piękny kraj, a ja nigdy stąd nie wyjadę. Nie pozwolą mi”. Dlaczego? Co takiego zrobił, że nie ma szansy na wyjazd choćby do pobliskiej Tajlandii? I dlaczego siostra właściciela naszego hostelu, która sprzedaje wycieczki i transport turystyczny, kilka razy w miesiącu bez problemu przekracza granicę? Czyżby chodziło o pieniądze? Wojciech Tochman wspomniał o korupcji, która niszczy ten kraj.

Więcej o poznanych Khmerach i ich historiach jeszcze napiszę, ale nie tu. Ten wpis ma być poświęcony spotkaniu autorskiemu.  

Wojciech Tochman

Do Kambodży wracał przez 10 lat, w końcu zamieszkał w Phom Penh. Miał możliwość poznać tamtejsze życie z perspektywy mieszkańca, nie tylko turysty. Zawsze trochę z boku, bo biały, bo z „wielkiego świata”, bogaty (z khmerskiego punktu widzenia rzecz jasna). Wie, że ludzie uśmiechają się, aby ukryć to, co czują. A czują wiele, choć się z tym nie obnoszą.

O ile książki o ludobójstwie w Bośni, czy Rwandzie dotyczą mordów „sąsiedzkich” – jak wyraża się reportażysta – tak za masakrę w Kambodży odpowiedzialni są sami Khmerzy. Którzy konkretnie? Kto przyłączył się do Pol Pota? Tego mieszkańcy nie wiedzą do dziś. Wysiedlane rodziny nie były co prawda rozdzielane, ale sąsiedzi już tak. Jeśli w wiosce było 30 domów, to mieszkańcy każdego z nich zostali wywiezieni w 30 różnych stron.  Po latach ci, którzy przeżyli, wracają do swoich wiosek. Wychudzeni, owrzodzeni, bez kończyn, chorzy. Nieufni. Co w tym czasie robił sąsiad – tego nie wiedzą. Nie pytają. Poza chorobami przytargali ze sobą coś jeszcze. Traumę. Stres pourazowy dziedziczony jest do dziś. Khmerzy nie okazują sobie publicznie uczuć, stronią od bliskości fizycznej, unikają dotyku, nawet nie przytulają własnych dzieci. Boją się mówić o tym, co czują. Dzisiejsze pokolenie 30-latków zostało wychowane przez ludzi, którzy nie zakładali rodzin z miłości. Dlatego nie widzieli nigdy, żeby ich rodzice się przytulali. Sami też tego nie potrafią.

Spotkanie autorskie

Spotkanie z Wojciechem Tochmanem miało się odbyć w jednej z katowickich bibliotek. Bardzo się ucieszyłam, że będę miała szansę posłuchać go, stanąć oko w oko. Odliczałam w napięciu czas. Przez zupełny przypadek natknęłam się na informację, że z racji ograniczonej ilości miejsc wydawane są bezpłatne wejściówki. I co? I nie dostałam się do środka. Ani po prośbie, ani po groźbie. Na panie bibliotekarki nie działało nic. Nawet zapewnienia, że mogę siedzieć na schodach, parapecie, podłodze. BHP i inne kwestie bezpieczeństwa. Nie wolno i już. Myślałam, że zabiję samą siebie. Za lekkomyślność, głupotę. Rozpytywałam, czy ktoś nie chce wejściówki oddać za Rafaello, czy cokolwiek, no ale skoro już się o nią wystarano, to nie po to, żeby samemu rezygnować. Liczyłam na łut szczęścia, jakąś niezapowiedzianą zmianę planów. I nie doczekałam się. Spotkanie z Wojtkiem Tochmanem przeszło mi koło nosa.

Kilka tygodni później natrafiłam na informację o Sosnowickich Dniach Literatury, które otwiera… spotkanie z Wojciechem Tochmanem.

Aula Zagłębiowskiej Mediateki jest przygotowana na sporą widownię. Bez problemu usadowiłam się w pierwszym rzędzie (chyba w nagrodę za chęć siedzenia na schodach podczas poprzedniego spotkania). Rozmowę prowadziła Magdalena Boczkowska. Wojciech Tochman opowiadał nie tyle o bohaterach swoich reportaży, ale o tym, jak wygląda proces twórczy. W jaki sposób dociera do nich, jak pozyskuje historie ludzi, którzy zgodzili się podzielić traumatycznymi doświadczeniami. Poszukiwania szczątków mężów i braci w bośniackich masowych grobach (ludobójstwo 1992-1995), zgwałcone rwandyjskie  kobiety (masakra od kwietnia do lipca 1994 roku, podczas której 9/10 kobiet zostało zgwałconych). Filipińskie rodziny żyjące w slumsach i na cmentarzach Manili. Wszystko to nie czyni spotkania z Wojciechem Tochmanem przyjemnym. Z pewnością jednak wartościowym.

Misja?

zdjęcie: Michał Fiałkowski

Czy działalność Wojciecha Tochmana jest misją? Jak sobie radzi z ciężarem nieszczęścia, o którym słucha i pisze?  Jak sam mówi – pisanie to jego praca. Zwyczajne ujęcie w słowa zasłyszanych historii. Osobiście jestem pod wrażeniem wielości źródeł, na które powołuje się w książkach. Widać, że waży słowa. Stara się o przekaz rzetelny, wiarygodny. W dodatku angażuje się w działalność pozarządową, założył fundację Klub Heban wspierającą potrzebujących. W latach 2009-2016 Klub Heban finansował żywienie dzieci we wsi Nyakinama w Rwandzie. Aktualnie cyklicznie przeprowadza zbiórki na rzecz chorych psychicznie w Kambodży, więzionych w klatkach lub przykutych łańcuchami. Wspólnie z doktor Ang Sody Wojciech Tochman dociera do uwięzionych i dokumentuje jej pracę. Akcja nosi miano „Operacja zerwać łańcuch”, a pomoc materialna możliwa jest dzięki działającej na miejscu pozarządowej organizacji TPO (Transculture Psychological Organisation). Oto co mówi na ten temat sam Wojciech Tochman:

To bezradne, często bardzo proste rodziny, zabrały swoim bliskim wolność. Bo nie umiały sobie poradzić z ich chorobą psychiczną. Państwo nie pomaga, opieka psychiatryczna w Kambodży w zasadzie nie działa. 
Pomoc TPO, o rzetelności której jesteśmy przekonani, polega na lokalizowaniu chorych (często w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc), a następnie na diagnozie lekarskiej i wdrożeniu specjalistycznego leczenia. Zwykle po kilku miesiącach rodzina sama dojrzewa do decyzji o uwolnieniu chorego i chce dalej współpracować z medykami z TPO. Bo równocześnie TPO prowadzi psychoedukację z rodzinami i sąsiadami chorych, tak, by otoczenie dostrzegło w chorym wymagającego troski chorego, a nie osobę opętaną przez duchy.

Ostatnia nadzieja ludzkości

Osoby takie jak Wojciech Tochman wydają się być ostatnią nadzieją ludzkości. Wielu myśli, że TO nas nie dotyczy. Dla nas ważniejszy od pomocy innym zdaje się zaciągnięty kredyt, nasze rodzime zmagania z dniem codziennym. Uważamy, że problemy uchodźców nie muszą nas obchodzić chyba, że ci wdzierają się do naszego świata brudząc go swoimi rękami, chcąc osiąść w Europie (nieważne przecież, że ratują w ten sposób swoje życie). Podczas spotkania reporter zauważył, że zostaniemy z tego rozliczeni. Kiedyś. Ty także. I ja.

Jak Wojciech Tochman radzi sobie z ciężarem trudnej tematyki, której dotyka? Przecież opisywanie traumatycznych historii poprzedzone jest spotkaniem oko w oko ze swoimi bohaterami, nie są to „jacyś” ludzie, a dla reportażysty mają konkretną twarz, nie tylko imię. Wbrew temu, co można by sądzić Tochman nie postrzega swojej działalności jak misji, ale traktuje ją w kategoriach pracy. Dzięki temu potrafi odciąć się, choć bywało, że śniło mu się jak jadąc autobusem w Bośni ktoś wyciąga młodą   dziewczynę na zewnątrz, bije i wiesza na drzewie. Dziś, przynajmniej na poziomie świadomym, po napisaniu książki psychicznie zamyka temat. Dlaczego?

To, o czym słyszę dzisiaj, jest niczym wobec tego, o czym usłyszę jutro. To, o czym piszę teraz, jest niczym wobec tego, o czym napiszę później.

Miło, że po spotkaniu znalazł chwilę nie tylko na podpisywanie książek, ale kilkumilową rozmowę z każdym, kto miał na to ochotę. Nie budował żadnych barier, nie sprawiał wrażenia bycia kimś wyjątkowym. Właściwie trudno się dziwić. Skoro potrafi rozmawiać z ludźmi przeżywającymi traumę, tym bardziej jest w stanie zjednać sobie wiernych czytelników.

Wojciech Tochman urodził się w
Krakowie w 1969 roku. Jest reporterem. Od 1990 roku publikuje w "Gazecie
Wyborczej". Autor książek: „Schodów się nie pali”, „Jakbyś kamień jadła”, „Córeńka”,
„Wściekły pies”, „Bóg zapłać”, „Dzisiaj narysujemy śmierć”, „Eli, Eli”,  „Pianie kogutów, płacz psów”. Jest tłumaczony
m.in. na angielski, francuski, niemiecki, włoski, słowacki, szwedzki, niderlandzki,
fiński, rosyjski, ukraiński i bośniacki.