Indie,  Ludzie

Polactwo na wakacjach w Indiach

W niniejszym artykule znajdują się słowa powszechnie uważane za obelżywe. Czytasz na własną odpowiedzialność.

O wyższości polskiego narodu nad innymi wiele już powiedziano. Koszulki z napisem „Bóg, honor, ojczyzna” mają dowodzić patriotyzmu, a orzeł w koronie rozpostarty na piersi bogoojczyźnianego partyzanta jednoznacznie wykazywać przywiązanie do polskości najwyższej kategorii. Swego czasu podobne poglądy dodały wiatru w żagle ruchom faszystowskim i antysemickim, niestety widać żyje nam się zbyt wygodnie, bo Młodzież Wszechpolska coraz dobitniej wykrzykuje te swoje hasła, mnożą się teorie spiskowe, prym wiodą antyszczepionkowcy, płaskoziemcy, nie brakuje też zwolenników pewnego doktora, który witaminą C leczy z raka.

Polactwo na wakacjach w Indiach

Weźmy teraz takiego statystycznego Polaka, który uzbierał jakąś sumkę (albo ma bogatych rodziców, a ci sprezentowali mu bilet lotniczy) i wyrusza na podbój – dajmy na to – Indii. Dumny Polak pakuje plecak, nie zapomina o sandałach (ale dobrze wie, że nie może ich zestawiać ze skarpetami – znawca mody, znaczy), sprawdza, czy aby na pewno zabrał kijek do selfi, by na bieżąco zdawać relację z podróży w social mediach.

Twierdzisz, że się nabijam? A skądże znowu! Sama stałam się właśnie posiadaczką kamerki sportowej i pilnie studiuję podstawy rzemiosła pt.: „jak kręcić vlogi”. Tak, zamierzam reaktywować mój kanał na YouTube i montować filmiki z podróży po Indiach północnych, dokąd wybieram się za pół roku. A mój mąż zakłada czasem skarpety do sandałów szczególnie, kiedy jedziemy od kilku godzin klimatyzowanym autobusem po azjatyckich bezdrożach, a z wywietrzników mroźnie dmucha i kończyny chcą odpaść z zimna (Azjaci często podróżują w wełnianych czapkach).

No to w czym problem?

W tym, jak zachowujesz się w kraju, który odwiedzasz, co myślisz i w jaki sposób traktujesz lokalną ludność, na ile znasz tamtejszą kulturę i obyczajowość, a na ile zestawiasz ichniejsze realia z europejskimi. Czy masz manię wyższości, czy też płaczesz nad losem dzieci z Bangladeszu, które zamiast uczyć się wykonują niebezpieczne prace, nierzadko ginąc? I co robisz z tym smutkiem – wciskasz przycisk migawki w aparacie gromadząc ludzkie nieszczęście jak trofea z polowania, czy angażujesz się w pomoc? I nie, nie mam na myśli rzucenia kilku groszy do puszki żebraka dla uspokojenia sumienia, ale świadome, systematyczne wspieranie organizacji pozarządowych. Wszyscy wiemy, że chodzi o to, by dać wędkę, a nie rybę.

Najwłaściwszym formom pomagania i rozterkom podróżników w zetknięciu z żebrzącym dziećmi poświęcę osobny artykuł.

Dzieci ze slumsów w Indiach.
Zdjęcie: Pixaby.com

Nie rozumiem, nie oceniam

Przed każdą podróżą przygotowuję się nie tylko od strony organizacyjnej, ale staram poznać kulturę i zwyczaje, zanim wyląduję na innym kontynencie. Pozwala mi to zmniejszyć szok, z jakim niejednokrotnie przychodzi się zmierzyć. Złotą zasadą jest dla mnie nie ocenianie innych. Nie zawsze jestem w stanie zrozumieć podejście Azjatów na przykład do sposobu traktowania zwierząt i niejednokrotnie budzi to mój sprzeciw, ale kim jestem, żeby ich oceniać? Pisałam o tym w artykule „Inne oblicze Tajlandii”. Małpy trzymane na łańcuchu potrafią złamać serce, tyle tylko, że na polskich wsiach do dziś widuje się psy przy budach, które niejednokrotnie zamarzają zimą na skutek ignorancji właścicieli. Jedzenie psów nie mieści nam się w głowach; przyznaję, że nigdy nie spróbowałabym psiny, ale… Ale Hindusi są pewnie nie mniej zgorszeni, gdy na naszym talerzu ląduje wołowina!

Azjaci darzą seniorów ogromnym szacunkiem, jak jest w Europie dobrze wiemy. Sama byłam świadkiem, gdy podczas podróży pociągiem w Tajlandii (zwykle wybieramy kategorie lokalne, nie vipowskie) konduktor kazał nastolatkowi ustąpić miejsca starszej pani. Podczas wysiadania ludzie wokół zorganizowali się tak, żeby zdjąć jej bagaż i przeprowadzić przez ciasny tłum.

W społecznościach kolektywistycznych ludzie są wzajemnie od siebie zależni. Wyświadczają sobie różne uprzejmości w myśl zasady, że ich własny dobrobyt zależy od współpracy z innymi. Własność jest często współwłasnością. Goszcząc w domu wietnamskiej rodziny w Delcie Mekongu obserwowałam sąsiadów, którzy bez pytania wchodzili do kuchni naszej gospodyni pożyczając sobie naczynia. Właściwie straciłam rachubę kto jest z rodziny, a kto mieszka za płotem, bo wycieczki mieszkańców kursowały w te i wewte. Bywało, że i nas zapraszali do swojego stołu, gdy spacerowaliśmy po wsi. I wierzcie mi, nieznajomość języka nie była żadną przeszkodą. Więcej można poczytać w artykule „Jak żyją Wietnamczycy w Delcie Mekongu”.

Vlogi podróżnicze

Szperam po internecie szukając inspiracji dla mojej podróży do Indii i czerpiąc z doświadczenia innych. Szczególnie zapamiętałam dwa kanały na YouTube, gdzie młodzi podróżnicy relacjonują swoje przygody. Z litości nie podam nazw tych vlogów, ale nie omieszkam przytoczyć kilka sytuacji, o których opowiadają.

Patrzę na koszulkę chłopaka, tak na oko 20-kilku letniego i nie dociera do mnie co mówi. Patrzę na koszulkę (podkreślam to, bo wieeelki orzeł w koronie przykuwa mój wzrok), a kiedy udaje mi się zarejestrować jego twarz dostrzegam obrzydzenie, a uszu dobiega wielokrotnie wypowiadane zdanie:

Wszędzie jebie gównem.

Polak-cebulak

Na to, że do słownictwa na jego vlogu trzeba się przyzwyczaić nie narzekam, sama przeklinam jak facet spod budki z piwem (walczę z tym, walczę, ale stres w pracy wydobywa najczarniejszą stronę mnie samej). Przyznam też, że chłopak zjeździł kawał świata i z zaciekawieniem oglądam jego kanał, nie pojmuję tylko dysonansu pomiędzy tym co mówi i tym, co robi.

Sam siebie nazywa Polakiem-cebulakiem, a wypowiada te słowa z nie mniejszą dumą, niż „Bóg, honor, ojczyzna” spozierają z koszulki na jego piersi. Z jednej strony ubolewa nad warunkami życia ludzi w slumsach Bombaju i deklaruje chęć pomocy (choć z góry zakłada, że nic nie jest w stanie zrobić), z drugiej zaś zaśmiewa w najlepsze opowiadając jak przejechał się pociągiem na gapę i uciekł konduktorowi.

Najlepszy deal, jaki zrobił przy zwiedzaniu Taj Mahal, to namówienie Indusa do zakupu dla niego biletu dla Hindusów (w wielu krajach Azji funkcjonują dwa cenniki: jeden dla lokalnej ludności, drugi dla cudzoziemców). Podczas kontroli biletów na dowód tego, że jest narodowości induskiej pomachał paszportem na stronie z wizą indyjską. Pobratymcom wskazał też miejsce z niskim płotem, przez który można przeskoczyć i dzięki temu dostać się totalnie za free. No cudnie wręcz! Nie przyszło mu przecież do głowy, że płacąc za wstępy wspomaga się dany kraj i ludzi w nim żyjących.

Odwiedzając slumsy mówi:

Tu są całkiem weseli, fajni ludzie. Sympatyczni no i fajni.

Ale dość szybko daje wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu biegnącej za nim grupy umorusanych dzieciaków:

Wkurwiają mnie, zaraz jebnę któremuś. Idę szukać pociągu, bo któremuś wyjebię zaraz.

Koleś jest też wyraźnie zainteresowany zabytkami, co puentuje krótko i dobitnie:

Chuj, dupa, kamieni kupa.

Ale i jego dosięga czasem ręka sprawiedliwości. W Waranasi, miejscu kultu dla wyznawców hinduizmu i buddyzmu, cudem uniknął konsekwencji po sfilmowaniu płonącego stosu z ciałem zmarłego, co jest absolutnie najwyższą świętością dla Hindusów i kategorycznie sprzeciwiają się uwiecznianiu tych chwil na zdjęciach i filmach. Chłopaka goniło kilku Indusów z łatwymi do odgadnięcia zamiarami, jak sądzę. Nasz bohater ledwo dysząc po udanej ucieczce nie omieszkał zbluzgać tych „barbarzyńców”:

Przyszedł gościu z pałką i chciał mnie napierdalać. Kurwa, normalnie z łapami wyskoczył.

Ganges, płonące stosy pogrzebowe, Manikarnika Ghat.
Zdjęcie: Pixaby.com

No tak, bo przecież gdyby jakiś japoński turysta zawitał do cmentarnej kaplicy, w której stałaby otwarta trumna z ciałem zmarłego, nikt z żałobników nie miałby nic przeciwko temu, żeby pstryknął kilka zdjęć, albo wrzucił relację na żywo na fejsa, prawda?

Pytanie po kiego czorta go oglądam, skoro tak działa mi na nerwy? Z przykrością stwierdzam, że wydaje się autentyczny, choć te jego zagrywki mogą być pod publiczkę. Nie nocuje w drogich hotelach, je na ulicy, łapie stopa, unika transportów dla turystów. Mimo wszystko wpasowuje się w mój ulubiony styl podróżowania. Przymykam oczy na te jego niecne występki i z wypiekami na twarzy daję się wciągać w historie z różnych stron świata.

Pewna vlogerska para

Przybliżymy się trochę ku podróżnikowi bardziej statystycznemu, choć eksplorującemu Azję na własną rękę, a nie z biurem podróży. YouTube przed wyjazdem do Wietnamu odsyłał mnie na kanał pewnej pary. Nie inaczej teraz, gdy poszukuję materiałów na temat Indii. Spłodzili setki odcinków i choć w mojej ocenie są mocno średnie, to jednak można przyjrzeć się z bliska wielu zabytkom, do których planuję dotrzeć. Poza tym garstka informacji praktycznych, parę smaczków lokalnej kuchni i mamy dość ładny obrazek, gdyby nie…

To ich wieczne niezadowolenie. Bo za gorąco, za drogo, za daleko, niewygodnie, ciasno, brudno i tak dalej. Co mogę powiedzieć…

Wielu znajomych łapie się za głowę, gdy mówię o najbliższych planach podróżniczych. Są i tacy, którzy wracają do Indii od lat. O tym, że śmierdzi, już wiem. Jak na ten smród zareaguję nie mam pojęcia, teraz wystarcza mi, że wiem, czego się spodziewać. Ale wiem też, że Indie potrafią człowieka odmienić duchowo, jeśli tylko ma w sobie dość otwartości i wrażliwości. Jeśli spróbuje spojrzeć poza hałdy śmieci, które nota bene wwożone są do Azji przez niektóre kraje Unii, a także USA i Australię. Pomiędzy ostatnim kwartałem 2016 r. a tym samym okresem 2017 r. dwukrotnie zwiększył się import odpadów plastikowych do Malezji – do 180 tysięcy ton (dane Międzynarodowego Biura Recyklingu). Szacuje się, że w 2020 najwyższa góra śmieci w New Delhi przewyższy Taj Mahal!

Parka, o której piszę spędza rocznie w Azji kilka miesięcy, a nie tygodni, jak ja. Zna te realia i nie powinna narzekać na niewygody, a jeśli tak bardzo ich uwiera bieda i brud może lepiej, gdyby rozważyli cywilizowane zakątki Europy? No, nie ten budżet, nie ta kasa, co zrobić. Cierpieć i kręcić kolejne odcinki.

I może w ogóle nie wspomniałabym o nich, gdyby nie opinia pana M. (twórcy vloga) na temat Hindusów, którą odważył się tak lekkomyślnie wyartykułować.

Hindusi zachowują się jak zwierzęta. Dobre porównanie: tak, jak czasami widzimy dzikie, bezpańskie krowy na ulicy, to Hindusi zachowują się w identyczny sposób. Pchają się, przepychają jak krowy. Żebracy łapią cię, popychają, ocierają, ciągną, krowy identycznie. Podobieństw między takimi dzikimi krowami a Hindusami jest więcej, niż różnic. Nie chciałbym obrażać Hindusów, ale po prostu stwierdzam fakty. Jeżeli będziecie jeździć pociągiem, to odradzamy na dłuższych trasach. Tam jeżdżą zwierzęta, dzikusy, szczególnie na nocnych.

Starszy człowiek na hinduskiej ulicy.
Zdjęcie: Pixaby.com

O Indiach mówią, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Nie ma niczego złego w tym, że chcemy podróżować komfortowo, spać wygodnie, jeść w higienicznych warunkach i być traktowani z szacunkiem. Nie zapominajmy tylko, że ten szacunek należy się każdemu. A żebrakowi ze slumsów może najbardziej.