Kultura, Sztuka

Jestem gwiazdą – swojego własnego formatu

Podobno wszystko ma swój początek w domu rodzinnym. Nie tylko geny, ale i sposób wychowania wpływają na całe nasze życie. Psychologowie mogliby powiedzieć więcej. Możliwe, że nieszczęśliwe dzieciństwo jest dla niektórych dobrą wymówką, gdy nie potrafią sprostać życiu. Bo w byciu spełnionym upatruje się zwykle własnych zasług.

Kiedy wracam myślami do mojej młodości jawi mi się obraz dziewczynki, której rodzice powtarzali, że pięknie tańczy i recytuje wierszyki. Niby nic nadzwyczajnego, wszyscy rodzice chwalą swoje dzieci, jednak nie przypominam sobie, żeby moi powiedzieli, że ładnie rysuję, czy śpiewam. Efekt jest taki, że nie potrafię nawet przyzwoicie zapakować prezentów, a śpiewam tylko w samochodzie, albo gdy jestem sama. Jeszcze odrobina samokrytyki ima się mnie. Przypadek?

Obskakiwałam wszystkie akademie szkolne, zapisywałam się do kółek teatralnych, będąc w podstawówce założyłam nawet swoją własną grupę w osiedlowym klubie. Wystawiliśmy „Czerwonego Kapturka” dla dzieci z Domu Dziecka. Ponieważ JA przyznawałam role, zagrałam wilka (w szkole zwykle dostawały mi się księżniczki i im podobne mało wyraziste postaci). Scenariusz też napisałam sama, ale moich rymów częstochowskich nie doceniono, bo niektóre koleżanki pozmieniały sobie tekst. Niby że tak się lepiej komponował. No cóż…

Spektakl “Szczęście”. Lekki Teatr Przenośny.

Być, albo nie być

Potem dorosłam i trzeba było skupić się na prozie życia. Co prawda chodziły mi po głowie myśli o tym, żeby zdawać na PWST (Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna), ale ówczesny narzeczony twardo postawił warunki:

Albo JA, albo studia

Co tu dużo mówić – kochałam. Potem przestałam (i on takowoż), na studia poszłam, choć bardziej przyziemne. Jak mówiłam – proza życia. Nie podobała mi się rola księżniczek, to mam za swoje.

Serce suche jak orzeszek

I tak mijały lata. Rozpracowałam Excela, tabele przestawne, branżę motoryzacyjną, w której przyszło mi pracować długie lata, ale podczas spotkań ze znajomymi, wprawiona w dobry nastrój czerwonym winem, chętnie deklamowałam „Bagnet na broń” – ku uciesze gawiedzi. Dla złagodzenia nastroju rzewnym głosem recytowałam „Gawędę o miłości ziemi ojczystej” Wisławy Szymborskiej i nie wiedzieć czemu, zamiast uronić łzę, większość śmiała się w głos (a pozostali próbowali uciszać). Ja przyznaję, że to dość monotematyczny repertuar, bo wracał jak bumerang przy każdej imprezie, mieli prawo się znudzić. Choć ja tam się nie nudziłam. Emfaza przy słowach:

Kiedy runą żelaznym wojskiem i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą (…)

przybierała na sile, jakby wróg naprawdę stał u bram.

Spektakl “Szczęście”. Lekki Teatr Przenośny.
Zdjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY.

Jestem gwiazdą – swojego własnego formatu

Wszyscy tak mamy, że zastanawiamy się jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy podjęli takie, a nie inne decyzje. Tyle tylko, że nikt z nas nie wie, czy byłoby lepsze. Niemniej za mną ciągnęło się ogromne poczucie niespełnienia i wiedziałam, że ani Szymborska, ani Broniewski nie ukoją żalu utraconych szans.

Razu pewnego, kiedy popadłam w czarną otchłań mej duszy (znaczy bezsens istnienia dał o sobie znać), Dobra Dusza zapytała o to, czy zastanawiałam się, co mogłoby dać mi radość. Coś, co byłoby tylko moje. Jakieś marzenie, nawet niedorzeczne. Odparłam, że zawsze chciałam być aktorką, ale moje życie potoczyło się inaczej. Dobra Dusza kontynuowała:

A co stoi na przeszkodzie, żeby to marzenie spełnić?

Dotarło wtedy do mnie, że marzenia mają większą szansę spełnienia, jeśli się im trochę pomoże. Oczywistym jest, że wielka kariera nie jest dla mnie, ale też nie wpisuje się w moje oczekiwania. Wyruszyłam więc na poszukiwania grupy teatralnej, która pracowałaby z osobami dorosłymi. Studia, czy nawet studium aktorskie nie wchodziły w rachubę i teraz, z perspektywy czasu wiem, że nie mogłam trafić lepiej.

Spektakl “Szczęście”. Lekki Teatr Przenośny.
Zdjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY.

Lekki Teatr Przenośny

z Chorzowa, prowadzony przez Mirosława Orzechowskiego i Teresę Adamkiewicz przygarnął mnie pod swoje skrzydła. I choć wiedziałam, że mam duszę artystki (przypominam, że mamusia chwaliła jak deklamowałam wierszyki), obawiałam się, czy podołam. Reżyser jednak wychodził założenia, że przy odpowiednim nakładzie pracy z każdego da się zrobić aktora.  Tym sposobem w swoje 40. urodziny zagrałam „Szczęście” na deskach teatralnych,  wcielając się w rolę gderliwej żony. Może było o tyle łatwiej, że żoną jestem od lat wielu i sposób myślenia mojej scenicznej postaci bywał bliski mnie prawdziwej (o zgrozo!).

Od pucybuta do milionera

W ciągu tych kilku lat zagrałam w wielu spektaklach, poznałam mnóstwo wyjątkowych ludzi i przekonałam, że bycie dobrą aktorką nie ogranicza się do wkucia tekstu na pamięć i umiejętnym poruszaniu po scenie. To wiele miesięcy ciężkiej pracy z rolą, próba zrozumienia postaci, a także żmudny wysiłek ulepszania warsztatu aktora z naciskiem na technikę, emisję głosu (potrzebna nawet jeśli się nie śpiewa), ćwiczeń fizycznych.

Ale największą nagrodą jest moment, w którym widownia się zapełnia, a ty stajesz w świetle jupiterów. A na końcu słyszysz oklaski. Za pierwszym razem mówiłam sobie w myślach: zapamiętaj tę chwilę. Do dziś żywo stoi mi przed oczami, a ja się do niej uśmiecham. W końcu jestem gwiazdą. Choć… swojego własnego formatu.

Zdjęcie z “fanem” 🙂