Wiesz, że umrzesz?

Nawet, jeśli teoretycznie masz tą świadomość, czy rozumiesz, co to znaczy? I co w związku z tym czujesz? Zastanawiasz się czasem dokąd odeszli twoi zmarli bliscy (i dalsi)? Czy wiara w Boga i życie wieczne daje ci ulgę? Ja boję się, że niebo jest puste.

Ostatnio media społecznościowe oszalały na punkcie aplikacji, która zmienia nas w osoby 40 lat starsze. Ludzka natura jest ciekawska, a filtry wygładzające zmarszczki na zdjęciach nie robią już furory. Natomiast zobaczyć siebie z przyszłości to co innego. Jak się z tym czujesz? A może unikasz tego obrazka? I tak cię dopadnie.

Bezwarunkowe oddanie

Pewna pani przez całe swoje życie kochała Boga bezwarunkowo, poświęcała na praktyki duchowe wiele dni w tygodniu. Modliła się, pomagała w sprzątaniu kościoła, śpiewała w chórze. Miłość do Niego była na pierwszym miejscu, nawet jej własne dzieci schodziły na dalszy plan. Na łożu śmierci, które przykuło ją do siebie na kilka długich miesięcy, podczas których straciła panowanie nad czynnościami fizjologicznymi, nie była w stanie sama jeść, ani nawet przewrócić się na drugi bok, żeby ulżyć ciału z powodu odleżyn, krańcowo wyczerpana fizycznie i psychicznie, powiedziała z wyrzutem:

Panie Boże, ja ciebie tak kochałam, a ty mi takie takie cierpienie zesłałeś

Pytanie na ile nasza wiara jest silna i jak się zachowamy w chwili próby, musimy odpowiedzieć sobie sami. A życie i tak zweryfikuje nasze wyobrażenia. Jeśli nie życie, to ból, który potrafi złamać najbardziej oddanego żołnierza zastępów niebieskich. Jak sobie pomóc, ile wysiłku włożyć i jaki kierunek obrać, żeby odnaleźć w sobie siłę w momentach ostatecznych – nie wiem.

Postarzająca aplikacja, boję się.

Aplikacja postarzająca
Moja twarz dziś i za 40 lat

Muszę przyznać, że niektórzy po tej przemianie całkiem dobrze się prezentowali. Ot, odrobina siwizny i niewielka utrata jędrności skóry, ale ci, na twarzach których czas już dziś odcisnął swoje piętno, ujrzeli siebie na obraz i podobieństwo osiemdziesięciolatków, a ten widok skłania do refleksji.

Zdumiałam się, bo oto patrzyła na mnie moja własna babcia. Ot, w nieco innej fryzurze, ale wypisz-wymaluj babcia Hela. Było to dość osobliwe, ponieważ babcia zmarła w zeszłym roku. Mam już za sobą połowę życia, jak sądzę (może mniej?), więc każda pojedyncza zmarszczka uwypuklona dzięki tej aplikacji, każdy dodatkowy cień pod oczami i brak błysku w oku nie tyle mnie zasmuciły, co skłoniły do wejrzenia w siebie z przyszłości. Kim będą za 40 lat, jak zmienią się moje poglądy, ilu wnukom będę kupować cukierki, czy mój mąż będzie nadal przy mnie, jak będę się czuć, ile ze swoich marzeń spełnię do tego czasu, czy będę miała kolejne.

Kocham siebie. Ona mnie też.

Poza tym podobałam się sobie. Mocno zarysowane kości policzkowe, bruzdy na czole (które nota bene mam już dziś), kurze łapki w wersji XXL. Ale gdzieś  tam, poza siateczką naznaczoną znakiem czasu, jakby ktoś przyłożył mi do twarzy potłuczone szkło, to byłam ja. A ja siebie lubię, kocham nawet. Żyjemy już razem tak długo, że przyzwyczaiłyśmy się do zmiennych nastrojów, odważnie wyrażanych opinii, bezpretensjonalności i wytrwałości w dążeniu do osiągania wyznaczonych celów.

Tymczasem moja kuzynka stwierdziła, że wyglądam jak nasza babcia Marysia (czyli moja druga babcia, która zmarła wiele lat przed Helą). Próbuję wydobyć z czeluści pamięci obraz mamy mojego taty. Widzę 60-latkę, która w tym wieku była już staruszką, albo tylko ja, jako mała dziewczynka tak ją postrzegałam.

Babcia Marysia

Babcia Marysia zmarła nagle, było to wielkim zaskoczeniem dla rodziny. Owszem, chorowała, ale kto jest w tym wieku całkiem zdrów. Zaprowadzono mnie do kaplicy cmentarnej, w której stała trumna z uchylonym wiekiem. W środku leżała nieruchoma postać, zupełnie nie przypominająca mojej babci. Tej, która plotła mi warkoczyki i szyła wstążki, żebym mogła wielkimi, czerwonymi kokardami wzbudzać zazdrość koleżanek. Babcia mieszkała w starej kamienicy, do której prowadziły wysokie schody. To właśnie na nich przewrócił się mój mały braciszek, przed którym w zabawie uciekałam. Rozbił brodę, trudno było zatamować krew. Wylądowaliśmy na pogotowiu. Kilka szwów.

Babcia była krawcową, fachu nauczyła się w czasie wojny. Wtedy też ledwo uszła z życiem, bo przypominając z urody Żydówkę prawie została wywieziona do obozu pracy. Urodziła pięciu synów, ale przyszło jej wychowywać ich samotnie. Mąż zmarł na atak serca, kiedy najmłodszy jeszcze nie potrafił chodzić. Od tego momentu w domu brakowało nie tylko męskiego wsparcia, ale i pieniędzy. Dzieci donaszały ubrania po sobie, a najstarszy z braci zarządzający budżetem decydował, czy stać ich na zakup nowej kurtki zimowej, czy butów. Rodzeństwo wspierało się wzajemnie i nawet dziś, kiedy mają swoje rodziny i sami są dziadkami, stanowią dla siebie podporę.

Babcia Marysia, choć niemajętna i pognębiona przez życie, dla swoich wnucząt miała zawsze ogromne serce, cierpliwość i drobne upominki. Pamiętam cieniutkie książeczki, które wręczała nam podczas wizyty w szpitalu, w którym ją odwiedzaliśmy. Każdy mógł sobie wybrać jedną i dziwnym trafem wszyscy byli zadowoleni. Mam tylko przebłyski w pamięci, bo zmarła kiedy byłam w podstawówce, ale pierwsze, co mi przychodzi do głowy, kiedy o niej myślę, to spokój.

Zupełnie inaczej, niż w przypadku mojej drugiej babci. Wulkan energii. Do czasu.

Babcia Hela

Babcię Helę w trzy miesiące wykończył rak trzustki. Siedziałam przy jej łóżku i trzymałam za rękę, kiedy po operacji płuca odmówiły posłuszeństwa i musiała pozostać zaintubowana. Patrzyła tylko na nas tymi swoimi smutnymi oczami, w których przyczaiło się ogromne cierpienie nie opuszczając jej aż do ostatniego tchnienia.

Helena urodziła się na kieleckiej wsi. Miała kilkoro rodzeństwa, ale do dziś nikt nie wie ile. Przed wojną noworodki często umierały nie doczekując pochówku z księdzem i adnotacji w księgach parafialnych.

To była bardzo biedna rodzina. Uprawiali kawałek pola, ale i tak często chodzili głodni. Rodzice zamykali na kłódkę szafkę, w której przechowywali chleb, dzieląc go odpowiednio między wszystkie swoje dzieci. Te, które trochę podrosły oddawane były w służbę. Podczas takiej pracy w polu małej Helence maszyna wciągnęła rękę czyniąc ją kaleką na całe życie. Być może wizyta w szpitalu pomogłaby ją uratować, ale ojciec Helenki nie chciał zamieszania i jako zadośćuczynienie przyjął zapłatę… Wierzcie mi, że babcia pomimo zniekształconej i niewładnej jednej ręki z taką zwinnością posługiwała się tą, która była sprawna, że nikt, dosłownie nikt nie zauważał jej kalectwa. Plotka głosi, że mój dziadek udając się w konkury nie dostrzegał niepełnosprawności, a zniekształconą, podkurczoną, niewładną rękę dane mu było zauważyć dopiero po ślubie.

Z jednym babcia sobie nie radziła: z wieszaniem firanek. I tylko z tym.

Dziadek ciężko pracował w kopalni. Bywało, że nocowałam u nich i kiedy odsypiał po nocnej zmianie musiałam chodzić dosłownie na paluszkach. W taki dzień babcia wręczyła mi dzbanek z wodą ze słowami:

“Idź podlej dziadka”

Wyraźnie pamiętam moje niedowierzanie, ale jako kilkulatka słowa starszych traktowałam z powagą. Powoli podeszłam do wersalki, na której chrapał (i to jak!) dziadek i nie rozumiejąc dlaczego dostałam taką misję, nie wiedząc czemu ona ma służyć, przechyliłam dzbanek wylewając jego zawartość na pogrążonego w głębokim śnie Henryka.

To, co się potem działo trudno wyrazić słowami. Wrzaski, jakby komuś nogę urwało i babcia wpadająca do pokoju z przerażeniem w oczach. A ja… Taka malutka, skulona… Przecież miałam “podlać dziadka“.

Nie dostałam lania. Nawet od dziadka. Był furiatem, ale nigdy nie podniósł na mnie ręki. Kiedyś zagrałam w spektaklu “Szczęście” żonę, która (w jej mniemaniu) stara się, zaharowuje, próbuje utrzymać rodzinę w całości, a on wiecznie niezadowolony. Babcia po obejrzeniu sztuki westchnęła i powiedziała: jakbym na siebie patrzyła, to całe moje życie.

Od lewej: babcia Marysia, babcia Hela.

Nie do wiary

Wszyscy umarli.

Babcia Marysia śni się czasem najmłodszemu synowi. Stoi w oknie, patrzy nieruchomo przed siebie. On macha do niej z podwórka, woła, a ona stoi i nic nie mówi. Jakby była martwa.

Babcia Hela wychudzona, zaintubowana, pokazuje, że chciałaby coś nam powiedzieć. Mama podaje jej kartkę i długopis. Wszyscy zamierają. Tyle tylko, że Helena niewiele potrafi napisać. Owszem, w młodości ktoś ją uczył, ale potem tylko imię i nazwisko wpisywała na dokumentach urzędowych. Nawet pocztówki z pozdrowieniami z wakacji czytała jej sąsiadka.

I ta cierpiąca osoba, w przededniu swojej śmierci, złamana niewyobrażalnym bólem, od miesiąca żywiąca się wyłącznie kroplówkami, drżącą dłonią ujmuje długopis stawiając kilka koślawych znaków.

Nie powiem co napisała, te słowa kierowane były do rodziny.

Boję się, że niebo jest puste.

Świadomość śmierci posiadam, działa na mnie paraliżująco. Nie wiem co się stało z moimi babciami, gdzie są, czy dane nam będzie nawiązać jakiś kontakt gdzieś, kiedyś. Nie wiem, gdzie szukać nadziei. I czy w ogóle warto. Przypuszczam, że koniec naszego fizycznego życia jest… końcem wszystkiego. A jeśli coś po nas zostaje, to jedynie wspomnienie.

Kontemplacyjna Modlitwa Jezusowa, której celem jest czuwanie i pokój serca, postawa jasnego uświadomienia sobie swojej słabości i kruchości, kształtuje człowieka z ciałem, duszą i duchem tak, by stał się jedną wielką modlitwą. Nie znam nikogo, kto próbowałby żyć według tego drogowskazu. Kościół  katolicki (jako instytucja) w mojej ocenie jest daleki od Prawdy. Osobiście wyznaję taki pogląd, że dążymy do tego samego, ale wybieramy różne drogi. Mnie bliższa jest ścieżka, którą podążają buddyści, choć sama buddystką nie jestem. Jednak ten sposób (nie)myślenia bardziej wpisuje się w moje podejście do spraw duchowych. O tym jak praktykować buddyzm w Polsce rozmawiałam z Nauczycielem Dharmy Kwang Sahnem, polecam ci serdecznie.

Poznałam także w swoim życiu kilku wartościowych księży. Jeden z nich podczas rozmowy, w której wyraziłam wątpliwości na temat swojej wiary (wtedy jeszcze chodziłam do kościoła) odparł:

Nie wiemy które z nas jest dalej od Boga, pani – czy ja

Kocham moje babcie. Brakuje mi ich. Wypominam sobie ten czas, który mogłyśmy spędzić wspólnie, ale tego nie zrobiłyśmy. Dzisiaj mogę tylko spojrzeć na siebie za 40 lat i dostrzec kawałek ich duszy we mnie. Tak jest mi łatwiej, niż gdy patrzę na siebie ciągle jeszcze młodą. Tęsknię, ale…

Boję się, że niebo jest puste.