Wiecie jaki dziś dzień? Druga ROCZNICA ISTNIENIA BLOGA Jest Jeden Świat!

Dokładnie 24 sierpnia opublikowałam pierwszy wpis. I właśnie dziś, 24 sierpnia, ale dwa lata później dostaję prezent!

Skontaktowała się ze mną firma proponując współpracę. Każdy bloger chce być czytany, nie pisze do szuflady, ale PUBLIKUJE, liczy więc, że ktoś to zauważy.

Każdy bloger ma narzędzia, dzięki którym wie jak często ludzie wchodzą na jego stronę, o jakiej porze, z którego regionu, które artykuły najchętniej czytają. I to są konkretne liczby.

Stop klatki z podróży

Każdy bloger mierzy zainteresowanie czytelników reakcjami z ich strony. Ważna jest RELACJA. Co mu po cyferkach, jeśli nie będziecie z nim rozmawiać, komentować, lajkować, udostępniać?

Kasa, kasa, kasa…

Każdy bloger chciałby ZARABIAĆ na blogu i nawet, jeśli nie jest to jego głównym celem (bo wtedy nie byłby pasjonatem, tylko bezduszną firmą), to liczy, że przynajmniej zwróci mu się to, co zainwestował. A musicie wiedzieć, że blog kosztuje. I mam tu na myśli konkretne pieniądze: domena, hosting, SSL to podstawa, która rocznie zamyka się w kilku stówkach. Oczywiście można założyć bloga na darmowych stronach, ale jest się wówczas skazanym na narzucony szablon, bez możliwości modyfikacji strony wizualnej z mnóstwem banerów reklamowych, które na blogu żerują. Czyli nie tak zupełnie za darmo, jednak.

Rzuć to w cholerę

I jeśli mnie pytają PO CO CI TO? Pracujesz, zajmujesz się domem, jeszcze poświęcasz masę czasu na próby w teatrze popołudniami, CHCE CI SIĘ pisać bloga – odpowiadam TAK! Jakby mi się nie chciało, to bym nie pisała. Proste! I to nie tak, że nie mam ochoty rzucić nim o ścianę. I to nie tak, że jestem bezkrytyczna i wszystko co napisałam mi się podoba. Też bywam zmęczona, zniechęcona i rozczarowana. Nie jestem nikim wyjątkowym. Czasem też boję się co przyniesie życie.

Sceny ze spektakli teatralnych

Ale!

Jestem silna. Jestem pewna siebie (ale mam nadzieję nie zarozumiała). Jestem osobą, która jasno stawia sobie cele i je OSIĄGA. Nie poddaję się. Okey, okey, nigdy nie będzie moim celem nauka chińskiego, czy lot w kosmos, odrobina instynktu samozachowawczego jeszcze jest. Zabrakło go jednak po odważnej decyzji o kupnie motocykla. Pierwszy raz w życiu obawiałam się, że nie podołam. Tu poczytasz o mojej nauce jazdy na tym piekielnym wehikule.

I taka postawa daje rezultaty. Sprawia, że masz siłę nie tylko udoskonalać to, czym się zajmujesz, ale szukać nowych rozwiązań, pójść dalej, głębiej, aż na sam szczyt. Ale nie zawsze musisz postawić na nim stopę, żeby wygrać…

W drodze na szczyt

Kilka lat temu z grupą znajomych wchodziłam na Górę Synaj (Egipt). Wyruszyliśmy w nocy, zaopatrzeni w latarki, ostrożnie stawiając krok za krokiem, bo pustynia to nie tylko piach jak w filmach, ale kamole, pył i dziury. W miarę upływu czasu grupa zaczęła znikać mi z pola widzenia. Zostawałam coraz dalej. Im bliżej szczytu tym większa presja: musisz zdążyć na wschód słońca, musisz, dajesz, szybciej.

Nie zdążyłam. Zostało mi kilkaset metrów, a ja pod szczytem. Zaczęło wschodzić. Wszystko stracone. Wyciągam aparat, a tu promienista kula sprintem zapiernicza po niebie. Cholera, znowu wyścig. Słońce poruszało się płynnie jak samochód na autostradzie, na który patrzymy z wiaduktu. Pstryk! Mamy to!

Było cicho. Było spokojnie. Był czas na refleksję, na oddech, na TU i TERAZ. Było pięknie.

Niedługo potem grupa szczytowa zaczęła schodzić. Ze swoim gwarem, żarcikami, nawoływaniami. Chwilę wcześniej też obserwowali wschód słońca, tylko z INNEJ PERSPEKTYWY i w chaosie, który sobie sami zafundowali swoją paplaniną.

Czasem można dojść na szczyt nie stawiając na nim stopy.