W świetle reflekorów

Po rocznej przerwie wróciłam do grania w teatrze, by znów stanąć w świetle reflektorów. Czas poświęcany na próby, wyrywany rodzinie i samej sobie, kiedy to zamiast odetchnąć po pracy pędziłam do teatru, za bardzo mi ciążył. Nie czułam się wypalona, ale miałam wrażenie, że kręcę się w kółko. Przygotowanie spektaklu zajmuje kilka miesięcy, próby 2-3 razy w tygodniu po kilka godzin. Potem wchodzisz przed publiczność i to jest TO! Schodzisz ze sceny, brawa jeszcze nie zdążą ucichnąć, a reżyser mówi:

no, chwila oddechu i za tydzień próbujemy dalej

To nie działa w taki sposób, że jak już wkujesz tekst na pamięć, to masz z głowy. Przedstawienie zagrane raz, drugi i piętnasty nie czyni cię znawcą roli. Za każdym razem musisz wejść w nią od nowa, przeobrazić się w postać, spać z nią, myśleć jak ona, czuć to samo. Dlatego nawet perfekcyjnie zagrana sztuka wymaga dalszej pracy nad rolą. Do znudzenia.

“Szczęście”. Zdjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

Zmęczenie rolą

I znudzenie przyszło. Znajomi dopytywali kiedy zagram w czymś nowym, jakby to polegało jedynie na ubraniu stroju galowego i deklamowaniu wierszyka (abstrahując od tego, że recytacja poezji dla mnie jest znacznie trudniejsza, niż rola teatralna). Samej sobie zaczęłam zadawać pytanie ile razy jeszcze będą tą jędzowatą żoną ze “Szczęścia”, albo przewrażliwioną mamusią z “Serc o zmierzchu” (jakże ja jej nie lubiłam). W międzyczasie konkursy recytatorskie, na których okazywało się, że za dużo emocji wkładam w tekst, zamiast tekstem emocje wzbudzać u innych. Dobra, dobra, raz wygrałam w “Promuj Śląsk”, ale chyba tylko dzięki Wojaczkowi, bo takich niepokornych poetów ubóstwiam i jakoś nam dobrze razem. O! Tutaj wklejam link do krótkiej relacji z konkursu, gdzie pod koniec dorzucam swoje trzy grosze do kamery (o grze przed kamerą kiedyś napiszę, po doświadczeniu w etiudzie katowickiej filmówki never ever i nigdy więcej). Dokładnie rzecz ujmując trzecia minuta należy do mnie 🙂

Minął rok. Odpoczęłam. Nagle ten wolny czas, który miałam wykorzystać tak intensywnie na inne zajęcia zaczął się przelewać przez palce. Rozpływać bezowocnie. Jednocześnie artystyczna dusza tęskniła. Wróciłam, ale szczerze mówiąc nie było łatwo, bo ludzie, z którymi współpracowałam poszli dalej, a ja musiałam wejść z powrotem do świata, który już nie był mój, który porzuciłam.

“Spod latarni”. Zdjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

Koniec jest początkiem

Właśnie kończymy pracę nad spektaklem “Spod latarni”, jednym z trudniejszych dla mnie ze względu na tematykę i… garderobę. Nie mam figury nastolatki, a tu muszę wydobyć na światło dziennie (ok, na światło reflektorów, a to jeszcze dobitniej) kilka atutów urody (tudzież jej braku – oj kompleksy, kompleksy). Z Żaklin zżyłyśmy się jak siostry (w oryginale postać była moją imienniczką nomen omen!), polubiłyśmy się. Im dłużej mówię jej kwestię, tym bliższa mi się wydaje. Tak duchowo. Nie wiem, czy ją rozumiem, na pewno nie zgadzam się z jej rozwiązłym stylem życia, ale dostrzegam w nas wiele podobieństw. Bo wszystkie chcemy być kochane. I te porządne “kury domowe” i te spychane na margines społeczeństwa z powodu uprawianego zawodu. Kobiety. Po prostu.

“Spod latarni”. Zdjęcie Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

I po co ci to?

Na własne życzenie funduję sobie stres, jakby mi mało było na co dzień. I po co?

Po to, żeby przeżyć to życie na najwyższych obrotach. Czuć emocje w sobie, obdarzać nimi innych. Mieć cel, sens i kierunek i kłaniać się przed publicznością bijącą brawo.

W zawodzie aktora nieprofesjonalnego najlepsze jest to, że staje na scenie, w świetle reflektorów z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie zarabia w ten sposób na chleb, tylko realizuje się, spełnia marzenia, przełamuje wewnętrzne ograniczenia, zdobywa pewność siebie.

“Serca o zmierzchu”. Zdjęcie Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

W naszym teatrze, Lekki Teatr Przenośny Widz i aktor mają siebie na wyciągnięcie ręki. Kameralna scena pozwala dostrzec najdrobniejszą zmarszczkę, usłyszeć oddech, a bywa, że i bijące strachem serce.

Jak długo aktor ma tremę przed spektaklem? Dopóki nie postawi na scenie stopy, nie stanie w świetle reflektorów. Potem wszystko już dzieje się samo. To tak, jakby wsiąść na diabelski młyn. Świat zaczyna wirować.

“Spod latarni”. Zjęcie: Ewa Dudkiewicz PHOTOGRAPHY

Zachęcam do przeczytania tekstu “Jestem gwiazdą swojego własnego formatu”.

Spektakle Lekkiego Teatru Przenośnego do obejrzenia w Chorzowskim Centrum Kultury.