Azja,  Wietnam

Wietnamczyk. Kanciarz ze świątyni

Dziś krótka historia o tym jak nas w chińskiej świątyni pewien Wietnamczyk zrobił na kilka stówek.

W zasadzie mam niemało podobnych historii z podróży, ale usłyszałam w radio, że dziś Dzień Życzliwości, więc tak na szybko jako przedsmak dłuższego artykułu, który zamierzam napisać.

Uciekamy z plaży

Będąc w Mui Ne, czyli nadmorskim kurorcie opanowanym przez Rosjan (chyba żaden Wietnamczyk nie odróżnia Polaków od obywateli mówiących cyrylicą) spędziliśmy na plaży pół dnia. Wystarczyło za tzw. relaks, bo pojechaliśmy po przygodę, a nie opaleniznę. Wsiedliśmy na skutery (historia ich wypożyczenia i tankowania zasługuje na osobny wpis, ale pozwólcie, że będę stopniować emocje) i pojechaliśmy obejrzeć z bliska Wieże Chamów (link do artykułu). Wypiliśmy przepyszną kawę w sklepiko-kawiarence, zrobiliśmy zdjęcia z przecudnej urody dziewczyną, pogadaliśmy o pogodzie i takich tam nie znając wietnamskiego (my) i angielskiego (ona), po czym odpaliliśmy silniki mustangów. Kątem oka dobiegło nas wołanie dziewczęcia, bośmy za kawy nie zapłacili. Turysty jedne, cholerka. Śmichy-chichy, kilka miłych słów (tak załóżmy przynajmniej), parę fotek niczym świeca dymna i uciekają w dal bez uregulowania rachunku. Wierz mi, że podobną sytuację miałam tylko raz u psychologa, który z taką cierpliwością i życzliwością mnie słuchał, że zapomniałam wyjąć portfel. Przez moment się zapomniałam, taka sympatyczna atmosfera się wyczarowała, a on przecie w pracy był. Tym razem było podobnie. Nawet nie przypuszczasz ile razy i jak słodko przepraszaliśmy.

Ale miało być o tym jak nas, a nie my, w konia robią

Do rzeczy zatem. Nieco poniżej Wież Chamów połyskuje chińska świątynia ze smokami i innymi zawijasami. Jesteśmy na miejscu – idziemy dotknąć. Przed wejściem podbiega do nas uśmiechnięty Wietnamczyk, mały chłopiec i wyciąga rękę, to my mu pac! w nią otwartą dłonią. Zdziwko. Wyciągam swoją i mówię „give me five”, a on że „money, money”. Dostał balonika (bo my dzieciom pieniędzy nie dajemy z zasady, mamy wypracowane inne formy wsparcia charytatywnego). Uśmiechnął się, nadmuchał, ale „wyskakiwać z kasy” i „wyskakiwać z kasy” końca nie ma. Lizak też nie pomógł, więc nie pozostało nic innego, jak wiać.

Głuchoniemy przewodnik

Wchodzimy do świątyni, a na progu wita nas około 20-letni Wietnamczyk. Głuchoniemy. Serce się topi na jego widok szczególnie, że chłopak jest od czarnej roboty, której mnisi nie tkną. Przez najbliższą godzinę był naszym przewodnikiem i fotografem w jednym. Ciężko było się porozumiewać, ale od czego mowa ciała. Problem tylko w tym, że ilekroć ustawiliśmy się do zdjęcia nie po jego myśli wydawał z siebie dziwnie piskliwe dźwięki, które przeszywały nas do szpiku kości. Chłopak parę razy ewidentnie się wkurzył, bo zdaje się dotknęliśmy posągu w niewłaściwym miejscu, ustawili do czegoś tyłem, albo nie zdjęli chustek z głów w jakimś świętym miejscu. Przyznać muszę, że zdjęcia zrobił nam fantastyczne, zaprowadził w milion kątów, których na własną rękę prawdopodobnie nie odkrylibyśmy, ale traktował nas jak żołnierzy. Dowodził naszą kompanią bez słowa (choć nie bezgłośnie, bo w tych momentach wzburzenia jakieś dźwięki z gardła się wydobywały, co nas przerażało z jednej strony, a drugiej łamało serce).

Za pomoc oferowaliśmy zapłatę

Wietnamczyk za każdym razem odmawiał. Kilkakrotnie mijaliśmy mnichów, którym kłaniał się w pas (a my wraz z nim, generalnie ja uwielbiam mnichów, bardzo ich szanuję, choć w samym Wietnamie nieczęsto mieliśmy okazję, w przeciwieństwie do Tajlandii). Na koniec podjęliśmy ostatnią próbę wręczenia pieniędzy, co spowodowało, że z jego ust wydobyły się te przerażające dźwięki. Teraz wiem, że to była pokazówka przed mnichami. Stwierdziłam, że w takim razie trzeba umieć przyjąć odmowę i podziękować za okazaną serdeczność (choć z drugiej strony miałam ochotę zatrzymać się dłużej w kilku miejscach, a chłopak ewidentnie dawał do zrozumienia, że koniec zwiedzania i spadać stąd).

Już na ostatniej prostej zmienił strategię

Zdjął z głowy czapkę licząc na zapłatę. Znowu się zdziwiłam, ale z drugiej strony trochę mi ulżyło. Za pracę zapłata się należy. Każdy z naszej trójki wrzucił do środka po 100.000 dongów, co łącznie dało jakieś 5 dyszek polskich. Na wietnamskie realia niemało za godzinę pracy (średnia pensja wynosi tam ok. 1000 zł, czyli za godzinę zapłaciliśmy 10x więcej). Chłopakowi rozbłysły oczka na widok portfeli, zaczął pokazywać palcem inne banknoty sugerując, że mamy je wrzucić do czapeczki. Zwyczajowo w moim portfelu nie ma za dużo kasy (nie tylko za granicą, wolę plastikowe pieniądze, ewentualnie większą gotówkę trzymam osobno), więc ode mnie nie mógł liczyć na wiele. Magdi stanowczo odmówiła, a i Waldik nie wydawał się przekonany, żeby uszczuplić się o kilka papierków więcej. Teraz naszemu przewodnikowi przypomniało się, że jest jeszcze jeden zakątek wart uwagi i powinniśmy z nim pójść. Po kilku krokach pozostawił nas (kobiety) w cieniu na ławeczce i zniknął gdzieś z moim mężem.

Minęło kilka minut – wrócili

Chłopak prawie wypychał nas z terenu świątyni machając przy tym rękami zawzięcie. Kiedy tylko zamknęła się za nami furtka Waldik syknął „chodźcie już”. Nie dawało nam spokoju co też takiego wyjątkowego przeznaczonego wyłącznie męskim źrenicom pokazał mu głuchoniemy chłopak. Wyszło na to, że to raczej Waldik mu pokazał… portfel, a ten bezceremonialnie wybrał sobie z niego papierowe pieniążki. Nie ukradł, absolutnie nie, wszystko odbyło się jakby w zwolnionym tempie, a mój zdumiony mąż stracił wszelką siłę sprawczą. 
„Ile miałeś w portfelu” pytam. „Ze dwa miliony chyba” (tak, w Wietnamie łatwo być milionerem).

Tym sposobem Waldik stracił nieco ponad 3 stówki

A my wiarę w człowieka. Stratę pieniędzy można przeboleć tym bardziej, że trafiły w ręce biednego, głuchoniemego człowieka, ale niesmak pozostał.

Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie w Dniu Życzliwości szczególnie powiem Ci, że mam do opowiedzenia wiele historii, które przywracają wiarę w człowieka. Jak wymyślą dzień „Wszystko Do Kitu” z pewnością o nich napiszę.