Indie

Rozkopałam plan wyprawy Indie 2020

Jedni o tym, co też w tym roku dobrego się stało, inni planują cały następny, a my kręcimy się wokół jednego tematu – INDIE!

Chciałabym napisać, że plan dopięty, ale takim się wydawał miesiąc i dwa temu, a dziś znowu przysiadłam i rozkopałam. Podobno lepsze jest wrogiem dobrego, ale zważywszy na fakt, że w Indiach karty SIM aktywują po kilkunastu godzinach od zakupu w pierwszych chwilach będziemy jak dzieci we mgle. Wifi w hotelu, ale trzeba przecież jakoś do niego dotrzeć.

Przejazd z lotniska

I tu pojawia się opcja bezpłatnego transferu z lotniska. To rezygnuję z dotychczasowej rezerwacji w centralnej części New Delhi i bookuję hotelik bliżej lotniska (bo następnego dnia lecimy dalej w kierunku Rajastanu). Państwo recepcjonistwo ucieszeni, że Europejczyk kliknął “book it”, bo opinie dotychczas tylko Azjaci wystawiali, a reklama dźwignią handlu przecież, ale na pytania o transfer nie reaguje. To myślę sobie w cholerę z tym twoim transporcikiem, wezmę taksówkę (uber potrzebuje neta, a my w tej mgle przecież). O ile o takową nie trudno, tak wyobraźnia pracuje i widzę już niebotyczną ilość zer na rachunku, bo wiadomo – europejski turysta z innym portfelem przyjeżdża.

Jeszcze Polska nie zginęła!

Prepaid taxi – taki wynalazek dla strachliwych. Wykupujesz na lotnisku przejazd od – do, płacisz i spokojna twoja rozczochrana. Ale, ale, czy aby na pewno? A parking pan sobie dolicza, a brameczki opłacić musi, a szuka twojego hotelu i szuka, a czas leci, to przecież jakiś grosik się należy. I dyskutuj tu po angielsku, kiedy ty tak lekko na bakier z nim, a jego hinduski-angielski to niezupełnie angielski. Istnieje szansa, że kto głośniej będzie krzyczał – ten bitwę zwycięży. Ale jakże to, gościowi nie wypada i choć byłabym na to mentalnie gotowa, tak nie wypada. A nie daj Boże jeszcze zameczek zdalnie odpali, bagażnika z plecakami nie otworzy, a ty sobie stój i krzycz, aż gardło zedrzesz.

Indus z forum

Spada mi z nieba przemiły Indus

co to na grupach tematycznych doradza, bo taką sobie formę promocji wybrał. Oddać honor muszę, bo facet wcale mi nie zaproponował swoich usług, a w branży turystycznej działa. Doradził natomiast gdzie złapać taxi na ulicy (i jaką, bo taxi-taxi nierówne, już ja coś o tym wiem jak mnie w naszej stolycy pan zrobił w babmbooko).

METRO

Po czym dotarliśmy do tematu, którego bałam się nie mniej, niż wnioskowania o wizę do Indii. METRO. Takie kolorowe niteczki na mapie, plączące się niezgrabnie i urywające GDZIEŚ tam. Ale Polak to w końcu nie Niemiec i za portfel się trzyma. Jeśli taxi skromne 500-700 rupii kosztuje, a metro 20, to mamy odpowiedź.

Dzięki temu, że nie jestem daltonistką dostrzegam już pomarańczowe linie metra, fioletowe, żółte i różowe, ale – jakże mi smutno – różowa niteczka nie dla mnie. Każdą inną przetestujemy jeśli nie pierwszego dnia, to ostatniego, kiedy to więcej w planie do zobaczenia, niż czas pozwala. A wiadomo, że metro sprawdza się nie tylko jeśli o finansach prawimy, ale korkach ulicznych.

Teraz mnie pozostali członkowie Ekspedycji zlinczują, bo po przylocie nie widzę przestrzeni na drzemkę, ale zrzucenie plecaków i przetestowanie pomarańczowej niteczki, która nas do shikhijskiej świątyni zaprowadzi.

Spać będziemy w domu.