Azja,  Indie

Uciekliśmy z Delhi

Nie było wyjścia – uciekliśmy z Delhi. Wszystko zgodnie z planem, ale gdybyśmy mieli zostać tam dłużej z pewnością zmienilibyśmy wilgotną norę na pokój bez karaluchów. Nasz pierwszy szok opisałam w artykule “Pierwsze wrażenia z Indii“.

Sądząc po standardzie hotelu ryzykownym było jedzenie śniadania, które wliczono w cenę noclegu, ale skoro chciało się poznać Indie prawdziwe, a nie z Bollywood, to ODWAGI!

🍆🌶🥕🥐🥔🍠🥑🍍🍊🍍🍆

Śniadanko…? O Krishno!

Sala restauracyjna (tak ją nazwijmy przynajmniej) objawiła nam kilka stolików z brudnymi obrusami. Bywa i w PL, więc wybaczamy. Dwa opakowania chleba tostowego, toster z odpadającym wiekiem, termos z kranikiem. Czekamy dalej, może jajko, dżem, ser? Szczęśliwie samolot dopiero za kilka godzin, stres niepotrzebny. Dołącza indyjska rodzina z dziećmi. Nie czekają. Przygotowują tosty i maczają w kubeczku z naparem z termosu. Skoro serwis podany to i my się częstujemy. Za kilka chwil wjeżdżają ciepłe chlebki naan (placuszki podobne do naszych naleśników) i jogurt w misce (ze startym ogórkiem i aromatycznymi przyprawami). Nie mamy pewności, czy pijemy słodką herbatę z mlekiem (masala czai), czy kawę zbożową. Przestaje mnie boleć głowa, wracam do żywych, więc obstawiam kawę. Potrafię już jeść rękami jak tutejsi, więc nie straszne mi zgarnianie chlebkiem resztek jogurtu z talerzyka. Najbrudniejsza „restauracja” świata, w jakiej byłam (a już Wietnam czasem przerażał), ale to jedzenie! Proste, pyszne!

Metro

Jedziemy metrem. Dostaję opiernicz na bramkach (kontrola bezpieczeństwa, prześwietlają plecaki i nas), bo wymyśliłam sobie filmowanie. Waldi twierdzi, że szykuję materiał dla zamachowców, którym łatwiej będzie zaplanować atak. W metrze i na lotnisku siedzą karabinierzy (żołnierze chyba, jakaś służba mundurowa z ostrą bronią) skryci za kuloodporną ścianką, jednemu tylko turban wystaje – sikh.

Nie ma, nie ma wody na pustyni…

Wędrujemy do terminala drugiego na lot krajowy. Dwadzieścia minut w nogach, ciężkie plecaki, pustynia w gardle, bo wody z zabezpieczoną folią nakrętką nadal nie widzieliśmy, podejrzanej się boimy. Kolejna kontrola – bez kart pokładowych na terminal nie wpuszczą. Kilka kroków i bramki bezpieczeństwa. Coś mi pika w kieszeni, metalowy element ubrania. Za kotarą obmacuje mnie Induska przyśpiewując sobie cichutko. Uznaje, że moje spodnie nie stanowią zagrożenia, mogę iść.

Na lotnisku wody z zabezpieczoną nakrętką też nie ma. Ameba nie ameba pić trzeba i choć pani doktor sugerowała mi polegać na puszkowanym Heinekenie stawiam na czystą. Wodę 🙂

Umilamy sobie czas obserwując ludzi. Grupa kobiet w czadorach ma się lepiej, zza siateczki na oczach przynajmniej nie widać na kogo łypią wzrokiem.

Coś tu nie gra

Wywołują nasze nazwiska. Bardzo troskliwi – myślę sobie – po zmianie bramki każdego pasażera z osobna informują przez megafon. Ale zniekształcone nawoływania nie ustają. Idziemy do informacji sprawdzić w czym rzecz. Bagaże. Jest problem. Iść tam i tam. Poszliśmy. Facet z krótkofalówką prowadzi Waldika do osobnego pokoju, każde zdjąć podręczny plecak (przeszkadzałby, gdyby trzeba było delikwenta obezwładnić). Rozkopali wszystkie trzy główne plecaki. Powerbanki! Niedozwolone. Owszem, pytali przy nadawaniu na taśmę, ale Polak kombinator z nas wyszedł. Prowadzą na górne piętro (mandat myślę). Prześwietlili, nic nie wybuchło – oddali do podręcznego. Dziękujemy, przepraszamy.

Dolecieliśmy do Udaipuru

Ciepło, 23 stopnie, czyli jak 30 u nas. Odmawiamy nagabującym taksówkarzom, idziemy poza obręb lotniska, klikamy po ubera. Prawie, bo zjawia się chłopak z super bryką premium (jak sam mówi) i chce niewiele więcej, niż Uber. Dajemy mu zarobić, wszystko jedno czym pojedziemy. Po drodze zatrzymuje nas policja. Chłopak kilka minut tłumaczy coś, dzwoni gdzieś. Wyciągają go z samochodu na posterunek z tektury i plastiku. Czas się gramoli. Wrócił uśmiechnięty. Jego przyjaciółka jest córką człowieka, który zna policjantów i poręczył za naszego kierowcę (telefonicznie). Sądziliśmy, że chodzi o licencję, ale super furę (a jednak!) ma od kilku dni, policja jeszcze nie zna jego blach, sprawdzali czy nie kradzione.

Wyrzucił nas w centrum i zaproponował, że ponegocjuje z kierowcami tuk tuka, żebyśmy tanio dojechali do celu (kręte, wąskie uliczki, auto nie wjedzie). Dziękujemy i kilometr drałujemy nogami.

🐄🐂🐃🐄🐂🐃🐄🐂🐃🐄🐂🐃🐄🐂🐃

Pierwszeństwo mają krowy

Wchodzą pod koła, ale kto by krowie krzywdę zrobił ten zapracowałby na bardzo, bardzo złą karmę. Rano widziałam, jak starsza pani przyniosła krowie siedzącej na rondzie coś do jedzenia. Uliczny sprzedawca głaszcze jedną taką po głowie.

GPS: jesteś u celu. Hm… Kręte uliczki z wijącymi się w górę domostwami. Szyldu guesthous’u nie widać. Ludzie przypatrują się naszemu zagubieniu i proponują pomoc. Nie chcą nic w zamian. Nie wyciągają ręki jak cwaniaki, którzy za byle przysługę słono sobie liczą – takie przestrogi znalazłam na wielu forach. W Udaipurze nic z tego się nie sprawdza. Nie tylko dobrze nas kierują, ale bez mała prowadzą za rękę na piętro. W sieni pachnie oborą. Ładnie. Wspominam szybko wieś z wakacji mojego dzieciństwa. Szczęśliwe krowy łypią na nas przerzucając. Wysoooko, bez windy mieszka rodzina, która nas gości. Buty przed wejściem, podłoga jeszcze mokra. Będzie dobrze – myślę (czyli czysto) i nie mylę się. Oczywiście jak na tutejsze warunki. Pachnąca pościel, jasno, przyjemna odmiana po delhijskiej norze. Choć ciepłej wody też brak. Do trzech razy sztuka 🙂 Obstawiamy, jak będzie na kolejnym odcinku podróży?

Jak już jest woda do picia, to brak do mycia

Pani mówi, że jeśli poprosimy o „hot water”, to za kwadrans przyniesie. Patrzę na jej ciążowy brzuch, potem gigantyczne schody. Już wiem jak się to skończy. Morsujemy w Indiach!

Idziemy zaszyć się w labiryncie uliczek, odetchnąć przy herbacie z masalą, zjeść coś rękami, uśmiechnąć do ludzi. Za moment, jak tylko pan odda nam paszporty (zabrał do meldunku). Obiecał wrócić za kwadrans. Minęło już 50 minut, ale przecież jesteśmy w Indiach, kto by tutaj przejmował się czasem?

Konfiskata paszportów

Po godzinie się poddajemy. Pani paszportów nie odda; może jutro. Spokojnie… Sugeruję zapłatę z góry, ale paszporty chcę z powrotem. Uśmiech. Paszporty jutro, są bezpieczne. Musi zrobić ksero, a dziś niedziela. Olśnienie! Mam zapasowe kopie, zawsze zabieram na wypadek kradzieży (łatwiej o tymczasowy). I to rozwiązuje sprawę, uf…

Pora coś zjeść, odbijamy w jakiś zaułek i kluczymy kolejną godzinę labiryntem patrząc pod nogi, bo dziury w niby-chodniku atakują z zaskoczenia. Wchodzimy do pierwszej z brzegu restauracji. Na zewnątrz umywalka i mydło, można umyć ręce (czyli tymczasowe sztućce).

Uwielbiam jeść łapami!

Dzień się kończy. Jesteśmy na nogach od szóstej (no nie dało się dłużej, jet lag widać nie odpuszcza). Ciemno, dziurawo. Na naszych oczach człowiek był i… nie ma! Osunął się na chodnik w sekundzie. Żona usiłuje go podnieść, dziecko zawodzi „tata, tata”, ktoś podbiega. Człowiek powoli wstaje, kołysze się. Ktoś odciął mu prąd na kilkanaście sekund. Jest lepiej.

Coś się dzieje

Dźwięki bębnów, korowód gości. Biegniemy za nimi. Młody mężczyzna składa wizytę przyszłym teściom. Wszyscy się cieszą, dziewczyna szczęśliwa. Filmujemy, zbiegają się dzieci, machają. Ceremonia zaręczynowa (tak się nam wydaje) jest dla nas tak samo interesująca jak nasza obecność dla dzieciaków.

Rankiem zastukał w drzwi pokoju właściciel. Przeprosił, że myliśmy się w zimnej wodzie. Nie było go, ale teraz wrócił i służy pomocą. Mamy rozpustę w łazience i plan zwiedzania Udaipuru. Domowe śniadanie i bilet na lokalny autobus, który podrzuci nas jutro na stację w Ajmer, skąd już tylko kilka godzin pociągiem do Pushkaru – kolejnego etapu podróży.

Tutejsi są kochani.