Azja,  Indie

Chciałabym być krową

Pomyślałam, że chciałabym być krową…

Udaipur nazywany Błękitnym Miastem uchodzi za najbardziej romantyczny w Rajastanie, a kto wie, może nawet i w całych Indiach. Z tego co widzę, to najczulej traktuje się tu krowy. Według podań krowa i bramin zostali stworzeni przez Shivę tego samego dnia i są sobie równi. Kto skrzywdziliby krowę lub woła ten popełniłby czyn haniebny i świętokradczy.

Ulice przypominają mrowisko

Pomimo powierzchownego chaosu jest w tym funkcjonowaniu bez zasad jakiś sens, którego nie odgaduję. Rwący potok motocykli, skuterów, samochodów, tuk-tuków, ludzi i krów. Czasem przebiegnie pies, ale tego można kopnąć lub huknąć, żeby zwiał. Podobnie z żebrzącym dzieckiem. Krowa to zupełnie inna historia. Tą ludzie karmią, głaszczą, na drodze objeżdżają podobnie jak woda opływa kamień, a jeśli te są przyczyną korka klaszczą, żeby się delikatnie przesunęły.

Ta miłość udzieliła się i mnie

Wbrew początkowym obawom podchodzę nawet do byków i choć spoglądają złowrogo nadstawiają głowę, żeby je podrapać za uchem. Słowo honoru! Morał z tego taki, że jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Nawet krowa.

Udaipur leży nad jeziorem Pićhola, a widok na miasto, wodę, pałac ma się z rooftopów, więc najlepiej usadowić się na dachu. Mieszkamy kilka stopni schodów od jednego takiego, biegamy tam po lepszy zasięg Internetu, fotki i przy okazji podglądamy gospodynie domowe. Domy wyglądają jak budowle z klocków złożone rękami kilkulatka. Krzywe, chybotliwe, nierówne, dzięki czemu można zajrzeć sąsiadowi nie tyle w okno, co w dach. Panie nie wylegują się na leżaczkach, ale głównie rozwieszają pranie lub zamiatają. Nad ich głowami latają papugi, a po murkach biegają wiewiórki. Małpy też, ale te bliżej zielonych terenów.

Krowy i byki są absolutnie wszędzie

Zaczepił nas miły pan

Zapytał kto my, skąd i takie tam. Uśmiechy, uścisk dłoni i oto okazuje się, że pan jest nauczycielem malarstwa. Prowadzi szkołę, w której kształci młodych adeptów sztuki. Tuż za rogiem możemy obejrzeć miniaturowe obrazy malowane jednym włosem zwierzęcia (jednym włosem!). Idziemy! Pracownia artysty okazuje się nagle sklepem z pięknymi (owszem) dziełami za kilka tysięcy rupii każdy. Zakup jednego to równowartość kilku naszych noclegów. Najdelikatniej jak umiemy wycofujemy się rakiem z tej bajki.

Przebijamy się przez gwarną ulicę podziwiając Pałac Miejski, w którym oczami wyobraźni widzimy maharadżów i księżniczki. Niespiesznie delektujemy się klimatem raz po raz pozując do zdjęć z indyjskimi turystami.

W świątyni

Trafiamy do hinduskiej świątyni Jagdish na obrzeżach pałacu Shiv Nivas mającej 365 lat, wybudowanej z białego marmuru. Wspinamy 32 marmurowymi schodami robiąc krótki przystanek przy sadhu – świętym mężu (ascecie, który poświecił życie na osiągniecie moksa – wyzwolenia poprzez medytację). Sadhu rezygnują z wygód, śpią w lasach, jaskiniach lub świątyniach. Chętnie pozują do zdjęć. Wyzwolenie poza ascezą kosztuje 100 rupii za zdjęcie (targuj się tu ze świętym).

Zdjęcie ze świętym mężem sadhu nie jest za darmo… Bo on tak samo (nie)święty jak ja i ty 🙂

Kończymy zwiedzać świątynię. 
Zaczepił nas miły pan, zapytał kto my, skąd i takie tam. Uśmiechy, uścisk dłoni i oto okazuje się, że pan jest nauczycielem malarstwa. Prowadzi szkołę, w której kształci młodych adeptów sztuki. Tuż za rogiem możemy…

To już było? No właśnie… Drugi raz na ten sam numer nie daliśmy się nabrać 🙂