Azja,  Indie

Umrzeć w Varanasi

Wysiadamy z pociągu choć nie po to, by umrzeć w Varanasi – świętym mieście dla hindusów, które jest ostatecznym celem podróży wielu wyznawców tej religii. Przyjeżdżają tu umrzeć, turyści zaś popływać łodzią po cmentarzysku, jakim jest Ganges. Nas przywiodła tu ciekawość. I choć niektórzy twierdzą, że trafiają na największy kremacyjny Ghat Manikarnika przez przypadek trudno dać temu wiarę. Świadomie można ten ghat obejść labiryntem ulic co najwyżej. Wędrówka wzdłuż Gangesu niezależnie z którego kierunku rzeki zawsze przywodzi do miejsca, w którym ziemia spotyka się z niebem.

Cel i sens życia

Stanięcie oko w oko ze śmiercią wyzwala pytania o sens i cel istnienia. Myślenie o nieuchronnym końcu rozpatrujemy w kategoriach bliżej nieokreślonych czasowo, ale zawsze w dalekim horyzoncie.

Kierowca wysadza nas przy głównej drodze, resztę pokonujemy pieszo dźwigając na barkach plecaki, patrząc badawczo w ziemię. Krowie niespodzianki w wąskich przesmykach labiryntu ulic wydają się gęstymi zasiekami, które musimy pokonać. Idziemy na oślep, internet ledwo żyje tłumiony wysokimi budynkami. Trzeba by wdrapać się na dach, żeby złapać sieć. Krążymy po omacku, aż dostrzegamy nazwę guesthous’u wymalowaną farbą na murze. Strzałki doprowadzą nas do celu. Uginamy kark za każdym razem, gdy małpy przeskakują nad naszymi głowami. Nigdy nie wiadomo, który daszek z plastiku, albo połatana blacha falista nie wytrzyma naporu ich ciał i nas stratują.
Gęstego, gęsiego panie i panowie, jeśli życie wam miłe.

Krowy i psy wylegują się beztrosko, motocykle opływają je jak woda kamień, ludzie sami muszą uważać na stopy. Tylko małpy bacznie obserwują stragany i korzystając z nieuwagi sprzedawcy kradną owoce.

Jesteśmy

Gospodarz lekko zamroczony przeżuwanym betelem raz po raz odwraca głowę plując zabarwioną na czerwono śliną. Nie on jeden. Potężna jest siła uzależnienia. Paan (również pod taką nazwą można go kupić na ulicznych stoiskach) jest jedną z czterech najbardziej popularnych używek na świecie, zaraz obok alkoholu, nikotyny i kofeiny.

Pokój nie jest najgorszy, ale zmęczeni dotychczasowym niskim standardem hoteli decydujemy się dopłacić. Zamieniamy podpiwniczoną norkę na pokój z balkonikiem i widokiem na Gangę. Niestety mamy tylko jedno łóżko. Waldi ląduje na materacu. Ciepła woda na życzenie, ale jest. Nie muszę nawet prosić, gospodarz wyprzedza mnie o krok. Przychodzi do pokoju po kilka dziennie razy podczas całego pobytu i zawsze chce rozmawiać tylko ze mną. Kładzie rękę na sercu, lekko skłania i zapewnia o spełnieniu każdego życzenia. Mgliste spojrzenie, policzek wypchany betelem… Ograniczę swoje potrzeby do ciepłej wody. Jego żona krząta się po obejściu rzucając nam zaciekawione spojrzenia. Uśmiecha się przy tym i jest to najpiękniejsza Induska, jaką spotkam. Teściowa dba, żeby dziewczyna miała zajęcie w zawilgoconej kuchni pod schodami. Nic o nich nie wiem, ale żal mi pięknej, młodej żony. Choć ta nie wygląda na nieszczęśliwą. Przykładanie europejskiej miary do tego, co indyjskie nie jest właściwe.

Zmiana perspektywy

Wypływamy o świcie łodzią na wschód słońca. Nie przychodzi nam do głowy, że dzień wcześniej z powodu mgły zwiedzanie Taj Mahal zaczęliśmy około południa. Siadamy na wilgotnych deskach. Nad Gangą unosi się gęsta para, spowija święte miasto Varanasi. Widzimy wyciągnięte dłonie, nic dalej. Ciszę rozbija plusk wioseł. Na stopniach schodów prowadzących do rzeki hindusi odprawiają poranną pujé, wznosząc modlitwy do jednego z 330 milionów bóstw. W hinduizmie najważniejsi bogowie to Brahma, Shiva, Vishnu, będący jednością, coś jak Trójca Święta w katolicyzmie.

Trzęsiemy się z zimna pomimo puchowych kurtek. Hindusom oddającym się praktykom religijnym niska temperatura nie przeszkadza, nie tylko polewają głowy wodą, ale wchodzą do Gangesu zaburzając w jego świętych odmętach. Staram się nie myśleć o dygoczącym ciele i przemoczonych spodniach. Za kilka godzin słońce ogrzeje miasto. Poprawiam włosy wchodzące mi do oczu i zauważam, że pokrywają je kropelki rosy. Atmosfera przez swoją ciszę i dobiegający gdzieniegdzie odgłos modlitwy robi się podniosła. Zatracam się między ziemią a niebem.

Widok na miasto od strony Gangesu

W ciągu dnia błądzimy niespiesznie labiryntem uliczek wstępując do polecanej przez gospodarza koreańskiej restauracji. Okaże się to zgubne dla Waldiego, który skusi się na kawałek mojego kurczaka w oczekiwaniu na swoją porcję. Nie wiem co przeskrobał, coś/ktoś sprawiło, że ocalił mnie od żołądkowych męczarni w następnych dniach. Pozostałe części kurczaka rozpływały się w ustach. Trzeba było zaufać powszechnym sądom o zasadności unikania mięsa w Indiach.

Płomienie

Wieczorny spacer doprowadza nas do migotliwych płomieni. Za blisko do Ghatu Manikarnika – myślę sobie. A jednak. Spoglądam na płonące stosy ludzkich ciał. Zamieniam się w kamień. Nie jestem w stanie ruszyć z miejsca. Z odrętwienia wyrywają mnie towarzysze. Chcemy obejść ghat górą, schodami, ale wyrastają przed nami Indusi broniący drogi. Zawracamy do pokoju w milczeniu.

Kierunek – jelenie

O poranku wyruszamy do Sarnath (Parku Jeleni), ważnego miejsca dla buddystów. To tam 2500 lat temu Budda pierwszy raz zakręcił kołem Dharmy, dał nauczanie, czyli wygłosił mowę o czterech szlachetnych prawdach. Na terenie kompleksu archeologicznego z pozostałościami klasztornymi wysoko ku niebu wznosi się olbrzymich rozmiarów stupa kryjąca we wnętrzu pozostałości spopielonego ciała Buddy. Stupa jest czymś w rodzaju kapliczki z relikwiami. W kierunku przeciwnym ruchom wskazówek zegara krąży młody chłopiec szeptając mantrę. Na rozłożystym trawniku siedzą ludzie, tybetańscy mnisi przesuwają koraliki mali (możemy ją porównać do katolickiego różańca). Inni wykonują 108 pokłonów z zachowaniem właściwej formy, co w przypadku buddyzmu tybetańskiego polega na rozciągnięciu całego ciała przy skłonie wzdłuż ziemi. Biała dziewczyna z burzą loków siedzi w lotosie zagłębiona w medytacji. Jest cicho, czysto – zupełnie nie te Indie tuż za ogrodzeniem, gdzie dźwięk klaksonów, natarczywość sprzedawców, mnogość zwierzęcych i ludzkich odchodów miesza się z plwocinami betelu…

To nie tak miało być

Nie czuję w tym miejscu żadnej energii. Jestem rozczarowana. Kilka lat temu w Asyżu naga bazylika świętej Klary, z siostrami klauzurowymi schowanymi przed wzrokiem zwiedzających, ścianami obielonymi wapnem po epidemii dżumy rzucił mnie na kolana. Nie wiem kim/czym jest siła boska, ale nie mogę zaprzeczyć, że istnieje coś niewytłumaczalnego i niepojętego, co odbieram każdą komórką mojego ciała. W Sarnath nie udziela mi się duchowość, jakiej doświadczają buddyści. Rekompensuje mi to Lotus Temple w Delhi (kilka dni później), gdzie wybudowano największą w całych Indiach świątynię bahaistyczną. Budowla ma kształt lotosu, otacza ją 9 oczek wodnych. Tu mogą modlić się wszyscy niezależnie od wyznawanej wiary. Ascetyczne wnętrze, bez symboli religijnych ma w sobie jakąś magię. Przechodzą mnie ciarki, gdy podnoszę głowę i spoglądam w ażurowe sklepienie w kształcie gwiazdy.

Park Jeleni w Sarnath, widok na stupę z prochami Buddy

Spieszymy z powrotem do Varanasi. 13 km uberem rozciąga się do godziny. Ulicą ciągnie kondukt żałobny niosący na bambusowych noszach martwe ciało owinięte całunem.

Wieczorową porą

Wieczorny rejs po Gangesie umożliwia nie tylko uczestnictwo w ceremonii ognia, ale obserwowanie linii brzegowej z perspektywy Gangesu.

Obok nas płynie wzdęte ciało martwego psa.

Wg hinduistycznych wierzeń kremacja w Varanasi i wsypanie popiołów do świętej Gangi oczyszcza ze wszystkich grzechów, pozwala pójść prosto do nieba. Ceremonia pogrzebowa trwa dwa tygodnie. W obrzędach kremacyjnych nie uczestniczą kobiety, modlą się w świątyni. Ciało zmarłego najpierw się myje, naciera olejkami, owija w całun, przyozdabia kwiatami. Kasta niedotykalnych odpowiada za kwestie techniczne, jest też ścisły monopol na handel drewnem. Do spalenia ciała potrzeba 300 kg, niewielu stać na taki wydatek, dlatego mniej zamożne rodziny zadowala nadpalenie zwłok, pozostałości pochłonie Ganges. Ceremonię rozpoczyna mężczyzna najbliżej spokrewniony ze zmarłym. Goli głowę na łyso, zakłada białe szaty. To on podkłada ogień pod stos. Za moment śmierci uważa się pęknięcie czaszki, jeśli nie nastąpi samoistnie mężczyzna rozbija ją narzędziem. Tradycja rzucania się w ogień wdów została zakazana jakieś 20 lat temu.

Nie kremuje się zmarłych, którzy zginęli w wypadku, czy na skutek morderstwa, dzieci, kobiet w ciąży i braminów oraz zwierząt, ugryzionych przez kobrę i trędowatych. Ich ciała wywozi się łodzią na środek i obciążone kamieniem wrzuca do wody.

Wieczny odpoczynek racz im dać?

Nasz żeglarz niespiesznie zanurza wiosła. Nieproszony podpływa pod Ghat Manikarnika. Nie oponuję. Już bez szoku, ale w poczuciu podniosłości chwili przyglądamy się płomieniom. Jesteśmy w bezpiecznej odległości, to dobrze. Na ghacie stosy trawione językami ognia, rozmawiający swobodnie niedotykalni, być może rodzina. Krowa kładzie się tam chętnie ze względu na ciepło, pies biega zręcznie omijając wyboje. Powyżej ghatu wyrastają kominy. To krematorium gazowe. Hindusi nie chcą korzystać z tego typu rozwiązań, to niezgodnie z obyczajowością, ale Manikarnika nie jest w stanie pomieścić wszystkich… Poza oszczędnością czasu w grę wchodzą także finanse.

Ghat Manikarnika z płonącymi stosami

W Varanasi funkcjonują hospicja i umieralnie, do których pielgrzymują będący u kresu życia. W żadnym innym miejscu Indii nie widziałam tylu kalek, żebraków, bezdomnych. Wzdłuż ulicy handlowej rozkładają się jak pachołki oddzielające dwa pasy ulicy. O kulach, na wózkach, ale częściej na platformach z przymocowanymi kółkami, znajdując się dosłownie kilka centymetrów nad ziemią. Zniekształcone kończyny, wrzodziejące rany. Rozglądam się za dźwiękiem uderzającym w uszy raz po raz. Dostrzegam go. Człowiek bez nóg, leży na plecach i tylko wyciągnięta w górę ręka z dzwoneczkiem przypomina, że jeszcze nie umarł.

Ryk silnika zdradza obecność łodzi przepływającej za naszymi plecami. Chińska wycieczka strzela aparatami wycelowanymi w ogniste punkty. Gryzący dym nie przenika maseczek na twarzach.

Dopływamy do brzegu, dziękujemy panu i rozliczamy się adekwatnie do wysiłku, jaki włożył w wiosłowanie. Indyjski cennik zawsze jest symboliczny na europejskie portfele. Faktem jest, że wielu traktuje nas jak worek bez dna i stosuje określone techniki służące wyłudzaniu pieniędzy. Nawet ja już je rozgryzłam i zaczynam być asertywna. Rozdawnictwo to co innego, niż zapłata z nawiązką za ciężką pracę, ale ten motyw rozwinę w odrębnym artykule.

Za rozmowę nic nie płacisz

Manikarnika przyciąga jak magnes. Na brzegu podchodzą do nas „przewodnicy” opowiadający nieproszeni o ceremonii. Nie chcę z nimi rozmawiać. Chcę stać w ciszy. Jak nad trumną mojej babci.

– Rozmowa nic nie kosztuje, nie chcę od ciebie pieniędzy.

Ile razy już słyszałam podobne zapewnienia, a na koniec zawsze ta niedopowiedziana presja…

Widok na Ghat Manikarnika

Otrzymujemy propozycję wejścia na ghat. Tam, gdzie płoną stosy. W sam środek. Niezupełnie rozumiem, czy „rozumiem”, ale przewodnik zapewnia, że rodzina nie będzie miała nic przeciwko. Waham się chwilę, bo być może jest to niepowtarzalna okazja stanięcia tuż za plecami kostuchy, ale intuicyjnie czuję, że nie byłoby to w porządku w stosunku do zmarłych, a szczególnie żywych…

Przewodnik naciska:

– Chodź, nie bój się. Widzisz tamtych? To też turyści. Za rozmowę nic nie zapłacisz, zostawisz tylko datek na utrzymanie ghatu.

Robię krok do tyłu. Jego twarz wyraża lekką irytację.

– Ile wydałaś pieniędzy na podróż? Jeździsz taksówkami, pociągami, śpisz w hotelach. Ile zapłaciłaś, żeby w ogóle tu przyjechać?! Szkoda ci kilku groszy na zwiedzanie ghatu?!

To nie w porządku.

Czytałam, że Hindusi bardzo dbają o zachowanie tych obrzędów z dala od ciekawskich oczu turystów, tymczasem pieniądz otwiera wszystkie drzwi. Widowisko trwa 24 godziny na dobę.

Obok jakaś postać niemo się nam przygląda. Młody mężczyzna. W białych szatach. Głowa ogolona na łyso. Spuszczam wzrok. Mam nadzieję, że rozumie moje bezgłośne „przepraszam”.

Oddalam się w oczekiwaniu na własną śmierć. Chciałam zrozumieć życie podglądając cudzą. Jest jeszcze trudniej.


O tym, dlaczego uciekliśmy z Delhi przeczytasz w tym artykule.