Azja,  Indie

Jedziesz do Indii? Zostaniesz Hare Krishna

Zostałam wyznawcą Hare Krishna. Tak wyszło. Jeśli wydaje Ci się, że Ciebie to nigdy nie spotka jedź do Indii. Nawet nie zauważysz gdy staniesz się konwertytą. To prostsze, niż myślisz. Czy ryzykowne? Dla mnie zabawne i ubogacające doświadczenie, które wspominam z uśmiechem.

Musimy wysiadać – powtarzam jak mantrę , ale kolejka chętnych do zdjęcia z białymi nie ma końca. Pociąg zbliża się do stacji, wkładamy plecaki, machamy na pożegnanie. Na twarzach tych, którzy nie zdążyli rysuje się zawód. Dwie godziny jazdy i dopiero kilkanaście minut przed końcem ktoś odważył się zapytać „photo? Selfie?” Pewnie dlatego, że dałyśmy brzdącowi balony, co przełamało lody. Myślałam, że Magdi-blondi będzie tutaj budzić zainteresowanie, ale nawet „bigger sister” jak o mnie mówią, jest w głównym nurcie. Mam nadzieję, że chodzi o „older” (starszą), a nie grubszą 🙂

Namaste!

Na peronie czeka Himmat, wirtualny znajomy z FB, którego pociąg godzinę wcześniej dotarł do Jaipuru. Dziś los zetknął nas w realu. Patrzę na tą uśmiechniętą twarz i poddaję się miśkowatemu uściskowi. Obok stoi mój mąż i „small sister” Magdi, poznaję ich ze sobą, choć dla mnie Himmat taki znajomy-nieznajomy przecież. Zamawia nam tuk tuka (w cenie dla lokalsów, czyli 50% taniej), umawiamy się na popołudnie. W międzyczasie okazuje się, że zarezerwowałam hotel w szemranej dzielnicy starego miasta… Ale przynajmniej mamy ciepłą wodę w kranie! Pierwszy raz od przylotu do Indii. Dopiero gdy odetną cię od komfortu, jaki masz na co dzień zaczynasz go doceniać.

Himmat czeka w świątyni Birla Mandir. Oprowadza nas próbując ładną angielszczyzną wytłumaczyć zawiłości hinduizmu. Płaskorzeźby mają w tym pomóc, ale gubię się już na „pierwszym zakręcie”. W hinduizmie jest trzech najważniejszych Bogów: Brahma, Wisznu i Shiva, funkcjonują dewy (bóstwa męskie) i dewi (bóstwa żeńskie) traktowane jak różne emanacje jednego Boga. 
Bóg lub bogowie zstępują na Ziemię co kilka tysięcy lat jako awatara mając za zadanie uratować świat przed upadkiem moralnym. Kimś takim był Rama i Kryszna, co ciekawe nie ma jasności co do misji, jaką miał wypełnić Budda.

Nasz (nie)święta trójca i Himmat (z lewej)

Himmat i Waldi oddalają się nieznacznie, a Magdi i ja nie możemy wyzwolić się od niekończących sesji foto z młodymi chłopcami. Niejeden z nich mógłby być naszym synem. Kiedy tylko panowie orientują się w sytuacji przybywają na ratunek. Te sesje są miłe, ale kradną czas.

Głodni!

Zahaczamy o muzeum Albert Hall i wreszcie oddajemy się rozkoszy ciała, a ścisłej ujmując – żołądka. Roof top hostelu, w którym backpackersi uskuteczniają chill out. Wynika to nie tylko z napisów na ścianach, bo już na pierwszy rzut oka widać odprężone sylwetki rozciągnięte na materacach ułożonych na ziemi. Siadamy po turecku nie zważając na niewyćwiczone ścięgna. Z głośników uderzają nas basy. W kąciku dziewczyna z latarką-czołówką na głowie zakłada lateksowe rękawiczki. Jakiś nieszczęśnik bez koszuli świeci nagim torsem, wygląda jak w transie. Musiał coś zarzucić, bo przed nim długie minuty męczarni pod maszynką do tatuażu. W powietrzu unosi się charakterystyczny zapach palonych konopii. Tutaj gandzia jest na wyciągnięcie ręki. Nawet nie wiem, czy jest to karalne, wiem natomiast, że na tym konkretnym dachu moglibyśmy dołączyć do zabawy bez problemu. Takie historie w Indiach miewają dramatyczne skutki, sprawdźcie choćby historię Bruna Muschalika, którego rodzice szukają od dwóch lat. Zostaniemy przy thali – naszym numerze jeden w kuchni indyjskiej.

Płaczemy…

Himmat ma takie poczucie humoru, że zaśmiewamy się do łez. Dołączają Peruwianka i Argentynka. Dziewczyny z angielskim jeszcze gorzej od nas, co nie przeszkadza w dobrej zabawie. Dowiadujemy się o aranżowanych małżeństwach, kastowości, tutejszych obyczajach z pierwszej ręki – od Indusa z krwi i kości, nie z książek, w dodatku z kasty wojowników. Himmat spotkał się z nami trochę przez przypadek, nie umawialiśmy się wcześniej. Zawodowo krąży od Delhi po Udaipur i nasze drogi tego dnia przecięły się w Jaipurze. Taka bezinteresowna pomoc budzi mój szacunek i wdzięczność. Polska gościnność każe mi zaprosić Himmata do nas. Na grupie FB, na której radzi podróżującym Polakom, co druga osoba otwiera przed nim drzwi swojego domu. Może kiedyś?

To był intensywny dzień. Szybko zasypiamy, żeby o 5:30 wyrwał nas z kolorowych marzeń głos muezzina, zaraz jednak znowu zamykam oczy.

Jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu. Nie tylko z Europy, ale w ogóle. Jak już mam szczęście do ciepłej wody, tak już do okolicy niekoniecznie. W tym miejscu jednak traktują nas uprzejmie, pozwalając sobie na żarty gdy płaczę nad zupą. Lubię ostre przyprawy, a w Indiach „ostro” znaczy piekielnie ostro.

Fortów ci u nas dostatek

Nogi wchodzą nam wiecie gdzie, przemierzyliśmy niejeden fort, wspinając się pod górę rezygnując jednocześnie z wątpliwej etycznie jazdy na słoniu. Takim atrakcjom mówimy stanowcze NIE. Pozostał nam z dzisiejszego planu Fort Nahargarh, na który mamy widok z okien hotelu. Kierowca ubera jedzie z nami w najgorszych korkach przez miasto. Trwa to dwa razy dłużej, niż wskazywało Google. Rodzi się obawa, że policzy sobie więcej za objazdówkę, ale nie, nawet chce mi wydawać groszową resztę, co się tu nie zdarza. Jak okiem sięgnąć ruchliwa droga i zabudowania. Wejścia do fortu nie widać.

Fort Amber

Salam Alejkum – starszy muzułmanin zjawia się z promiennym (jakżeby inaczej) uśmiechem. Już wie, co jest grane. Google Maps zrobiło nas na szaro. Znaleźliśmy się w czarnej dziurze, wg aplikacji Waldika 2 minuty od Fortu, wg mojej 48. Ali (tak ma na imię) często spotyka w tym miejscu turystów-rozbitków, którzy planują wspinaczkę na Nahargarh. Podrzuca nas do stóp wzgórza (20 minut jechaliśmy), w rezultacie lądujemy pod naszym hotelem. Stąd startują fascynaci fortem. Najciemniej pod latarnią…

Głodne żołądki wypychają nas w miasto. Stare Miasto przypominam, zwane przez nas „Szemraną Dzielnicą”. Poza dwoma stoiskami na ulicy, na których Indusi kupują jedzenie na wagę i zabierają do domów nie ma żadnej restauracji. Wszyscy biali stacjonują w centrum, jaki sens otwierania jadłodajni dla takich jak my? Decydujemy wrócić do hotelu i tam coś zamówić, tym bardziej, że jest ciemno i ciekawskie spojrzenia polują na nas kiedy mijamy grupy mężczyzn.

Hare Krishna!

Słyszę rytmiczne dźwięki, które przyciągają mnie jak magnes. Ściągam buty i wchodzę do jakiejś świątyni. Magda i Waldik z ociąganiem ruszają za mną. Są zmęczeni i głodni, a ja wtykam nos w każdą dziurę za „materiałem do filmów” jak mówią. No cóż, trudno odmówić im racji. W głębi dwaj mężczyźni grają i śpiewają coś. Mały chłopiec z pomalowaną kreską pod oczami biega radośnie, za filarem starsze panie. Nie wiem, czy wolno mi filmować, wyjmuję nieśmiało aparat i naciskam czerwony guzik. Wtem zauważa mnie ten, który uderzał w dzwon. Pokazuje coś dłonią, a ja speszona chowam aparat. Jednak on zaprasza bliżej. Podaje jakiś instrument i każe grać. Nieporadnie wydobywam dźwięki, ale przekazuję pałeczkę Waldkowi, który czuje się z tym jak ryba w wodzie. Co buddysta, to buddysta jednak, zaprawiony w końcu w uderzaniu w moktak. Wolę śpiewać, tylko nie wiem co. Szybko dociera do mnie w jakiej świątyni się znajdujemy, kiedy prowadzący ceremonię intonuje: Hare Kryszna, Hare Kryszna, Kryszna, Kryszna, Hare, Hare. Hare Rama, Hare Rama, Rama, Rama, Hare, Hare.

Mantrujemy i bawimy się w najlepsze

Przypomniał mi się czas liceum, kiedy Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny pojawiło się w Polsce.

Nie mam problemu ze złapaniem rytmu. Filmuję na pamiątkę, ale jak najszybciej chcę uwolnić ręce i cieszyć się tą chwilą całą sobą. Znajdujemy się pod obstrzałem smartfonów. Pani Induska dokumentuje obecność niecodziennych gości. Pewnie nie zdarza się, żeby do ich domowej (jak się okazuje prywatnej) świątyni zaglądali Europejczycy.

Znaki tajemne, moce nieznane, czyli otwieramy czakrę czołową

Staruszka naznacza nasze czoła żółtą kropką. Kolory tilaki (bindi) mają znaczenie. Żółty symbolizuje wiedzę i naukę, to kolor nauczyciela, guru nie będącego mnichem. To także szczęście, spokój, medytacja i kontemplacja, umysłowy rozwój. W ten kolor ubiera się Wisznu i Ganesza. Teraz także my. Na szyję zakładają nam czerwone szale z jakimiś symbolami. Wszyscy są przeszczęśliwi, nie wyłączając nas. Nie wiem, czy wg ich wierzeń staliśmy się członkami Hare Kryszna, ale wewnętrznie czujemy harmonię z tymi ludźmi, z tym miejscem, pozostając jednocześnie w zgodzie ze sobą.

Wracając do hotelu mam wrażenie, że wszyscy się nam przyglądają, jednak tym razem inaczej. Być może przeczucie mnie nie myli, bo kiedy tylko spotykany managera hotelu oczy chcą mu wyjść z orbit.

Byliście w świątyni – pyta. 
Tak.
Gdzie?!
Tutaj, na ulicy.

Kiwa głową z niedowierzaniem, ale mogę tylko przypuszczać co myśli. Jeśli posłucham europejskiej części mojej duszy: „głupie turysty, wyglądają jak przebierańcy”. Ale trzecie oko (brama duszy), czyli czakra czoła pozwala mi nie tylko na głębokie doświadczenia duchowe, ale także na bliską komunikację z własną duszą. Podobno ci, którzy mają otwarte trzecie oko mogą rozwinąć zdolności jasnowidzenia i telepatyczne. Dlatego wiem, że ludzie patrząc na nas niedowierzali, że staliśmy się częścią tej społeczności.

Choćby tylko na czas wakacji.


A wiedziałeś, że w Tajlandii każdy mężczyzna musi zostać mnichem? Jeśli nie, to przeczytaj TEN artykuł.